facebook RSS # #

25.08.2019 06:15

Polska Agencja Prasowa Serwis Samorządowy
 
2019-07-30 23:41       aktualizacja: 2019-07-31 15:24
  A A A

Dwie Polski. Wywiad z Krzysztofem Iwaniukiem, prezesem Związku Gmin Wiejskich i wójtem Terespola

Dwie Polski. Wywiad z Krzysztofem Iwaniukiem, prezesem Związku Gmin Wiejskich i wójtem Terespola
Fot. PAP/A.Reszko
- Najważniejszym problemem gmin wiejskich jest pogłębianie się dysproporcji między gminami – mówi w wywiadzie dla Samorzad.pap.pl Krzysztof Iwaniuk, prezes Związku Gmin Wiejskich RP i od 1992 r. wójt Terespola.

- Gminy w Polsce są bardzo zróżnicowane – dodaje. - Jedne są bogate, drugie biedne, ale w obecnych warunkach biedne stają się jeszcze biedniejsze, a bogate – bogatsze. Już 1/3 gmin wiejskich ma mniej niż 5 proc. nadwyżki operacyjnej.


Samorzad.pap.pl: - Jakie są obecnie najważniejsze problemy gmin wiejskich w Polsce? Co im najbardziej doskwiera? Co trzeba zmienić?

Krzysztof Iwaniuk, przewodniczący zarządu Związku Gmin Wiejskich RP i od 1992 r. wójt Terespola:
- Najważniejszą kwestią jest pogłębianie się dysproporcji między gminami. Gminy w Polsce są bardzo zróżnicowane. Jedne są bogate, drugie biedne, ale w obecnych warunkach biedne stają się jeszcze biedniejsze, a bogate – bogatsze. Już 1/3 gmin wiejskich ma mniej niż 5 proc. nadwyżki operacyjnej.
Jeśli nie będziemy bardziej solidarni w obrębie kraju, to samorządność niektórych gmin wiejskich stanie się iluzoryczna. Bo jeśli nie będą mieć one nadwyżki operacyjnej lub będzie ona zbyt mała, to można mieć chęć do działania, różne pomysły, marzenia, plany, ale nie będzie z czego sfinansować ich realizacji. Trudno wtedy mówić o samorządności.

Gdy tworzono w Polsce samorząd gminny, uznano, że nadwyżka operacyjna musi być na poziomie minimum 15 proc. Tyle potrzeba, żeby tylko odtwarzać istniejący majątek gminny. Przy nadwyżce operacyjnej poniżej 5 proc. gminy stają się bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany w ich finansach. Gdyby np. weszła podwyżka pensji nauczycieli o 1000 zł netto, czyli 1650 zł brutto, to wiele samorządów nie byłoby w stanie jej wypłacić. Dziś wiele gmin wiejskich jest w takiej sytuacji finansowej, że każda podwyżka tych płac może wywrócić ich płynność finansową lub nie będą jej miały z czego wypłacić. W Warszawie oświata to 20 proc. budżetu, ale w niektórych gminach wiejskich – 40 czy nawet 50 proc. To oznacza, że gminy wiejskie są dużo bardziej wrażliwe na zmiany w kosztach utrzymania oświaty niż duże miasta.

- Mówił Pan podczas ostatniego Zgromadzenia Ogólnego ZGWRP, że bez rozwiązania kwestii finansowania oświaty nic w sytuacji gmin wiejskich się nie zmieni. I że jedynym rozwiązaniem jest przejęcie przez państwo wypłacania pensji nauczycielom.

- Dziś nie możemy nawet samodzielnie decydować o sieci szkół na swoim terenie, bo przy jej wszelkich zmianach musimy mieć pozytywną opinię kuratora. W zeszłym roku uzyskanie jego zgody na to było praktycznie niemożliwe, a koszty systematycznie rosły. Efekt jest taki, że kurator nie pozwala nam na niezależne kształtowanie sieci szkół, np. na zamknięcie szkoły, w której uczy się 20-30 osób. Ale to nie on, a my ponosimy konsekwencje finansowe jego decyzji w tych sprawach, to my za nie płacimy. To jest absurd. Ktoś inny podejmuje decyzje o sieci szkół, a ktoś inny za to płaci. W rezultacie są szkoły, w których przy subwencji 5-6 tys. na ucznia, jego utrzymanie kosztuje kilkanaście tysięcy. Bo w szkole, która z 6-klasowej stała się 8-klasową, jest 30 osób. Są takie szkoły w sąsiadujących z nami gminach.

Podobnie jest z pensjami nauczycieli, które rząd ustala ze związkami zawodowymi. Tymczasem te pensje to 80 proc. i więcej kosztów utrzymania szkół.

Nie mamy już żadnego wpływu na koszty oświaty, choć to my je ponosimy. Tego nie naprawią żadne zmiany w zasadach ustalania wysokości subwencji oświatowej. Jedynym rozwiązaniem jest rzeczywiście przejęcie przez państwo wypłacania pensji nauczycielom. Bez tego samorządy nie będą miały na działania prorozwojowe, z których są rozliczane, bo to jest istota samorządu.

Subwencji oświatowej jest za mało, przez co do oświaty dopłacamy coraz więcej. MEN podnosi płace nauczycieli, ale nie zapewnia ich finansowania w 100 proc. My jako samorządy gminne najwięcej dopłacamy właśnie do szkół, one są największych obciążeniem finansowym dla gmin wiejskich, więc z tym trzeba uporać się w pierwszej kolejności. To dotyczy też przedszkoli. Nauczyciel w przedszkolu kosztuje tyle samo, co w szkole, a dostajemy na niego 5-krotnie mniej. Do niedawna 1/3 gmin wiejskich nie miała ani jednego przedszkola publicznego, więc tym bardziej trzeba zapewnić gminom lepsze warunki do ich utrzymywania, pokryć im też koszt płac personelu przedszkoli.

Co z tego, że my wybudujemy przedszkole, skoro większość kosztów jego utrzymania muszą pokryć gminy. Co innego wybudować przedszkole, do czego rząd zachęca, ogrzać je, zapewnić media, a co innego zapewnić pensje pracownikom, co jest największym kosztem. Gdyby państwo przejęło pensje nauczycieli przedszkolnych, to dalibyśmy sobie radę, przedszkoli na terenach wiejskich szybko by przybywało. Zrobić przedszkole za złotówkę to dobry pomysł, ale ktoś musi do tego dopłacić. Biedne gminy nie mają z czego, co hamuje tam powstawanie tych placówek. Jeśli chcemy rozwinąć przedszkola, to trzeba ten system zmienić, gdyż dzisiaj jest to bardzo duże obciążenie dla gmin wiejskich.

Oświata to jedno z kluczowych zadań samorządów, które nie powinno być nazywane ich zadaniem własnym, bo tak, jak w przypadku opieki społecznej, jesteśmy tu głównie redystrybutorem środków z budżetu państwa. Opieka społeczna i oświata to często 2/3 wydatków w małej gminie.

- Są ponoć gminy wiejskie, gdzie sama oświata to ponad połowa budżetu?

- To skrajne przypadki. Ale w typowych gminach rolniczych, które „są daleko od szosy”, które nie mają dochodów własnych, ten udział rzeczywiście sięga 50 proc. budżetu, nawet przy bardzo dobrej sieci szkół. W tych gminach bardzo trudno wygospodarować pieniądze na inwestycje. To pogłębia dysproporcje między nimi a dużymi miastami, na co jako przedstawiciel Polski Wschodniej jestem bardzo uwrażliwiony.

Wielu gminom wiejskim przez dopłacanie do oświaty brakuje na to, co jest prawdziwą samorządnością, na inwestycje, na to, czego oczekują mieszkańcy. Nie ma np. na budowę i remonty dróg. W wielu gminach zamiast budować nowe drogi, to doraźnie łata się te istniejące, co też w dłuższej perspektywie jest kosztowne. To wszystko hamuje rozwój tych gmin.

Jeszcze połowa dróg lokalnych w Polsce to drogi nieutwardzone. Jeśli sytuacja finansowa tych gmin się nie zmieni, to mieszkańcy będą skazani na to, że jeszcze przez wiele lat będą chodzić do domu przez błoto. Są gminy, gdzie nawet nie planuje się utwardzenia niektórych dróg, bo nie mają one na to pieniędzy.

Demografia jeszcze bardziej pogłębia te problemy. Dochód na mieszkańca przy przyznawaniu państwowych subwencji i dotacji, np. z Funduszu Dróg Samorządowych, traktuje się jako wskaźnik kondycji finansowej gminy, choć jest w tym przypadku kompletnie niemiarodajny. Bo jeśli gmina się wyludnia, ma coraz mniej mieszkańców, to dochód na mieszkańca rośnie. Ale gmina wraz z ubytkiem mieszkańców jest coraz biedniejsza. Im bardziej wyludniona, tym trudniej jej wybudować i utrzymać gminną infrastrukturę: drogi, wodociągi, szkoły czy dowozić dzieci do szkoły. Klasycznym tego przykładem była Cisna, bo przez małe zaludnienie płaciła janosikowe, choć ze względu na swą rozległość, małe zaludnienie, dużo więcej kosztuje ją budowa i utrzymanie infrastruktury czy dowóz dzieci do szkoły.

Powierzchnia przeciętnej gminy wiejskiej to 1/3 terytorium Warszawy, a średnia liczba jej mieszkańców to 5 tys. osób, a nawet jeszcze mniej. W stolicy na takiej powierzchni mieszka kilkaset tysięcy ludzi. Przy tylu podatnikach i takim zagęszczeniu zabudowy dużo łatwiej utrzymać gminną infrastrukturę czy szkoły.

Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że w gminach wiejskich mieszka często dużo mniej osób niż jest tam zameldowanych. Bo np. młodzi, przenosząc się do miasta czy jadąc do pracy zagranicę, często się nie wymeldowują. To widać dobrze w deklaracjach śmieciowych, w których jest dużo mniej osób niż jest zameldowanych.

- Jaki duży jest ten rozstrzał?

- Czasami jest to kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent. U naszych sąsiadów w Kodniu jest 3,5 tys. zameldowanych, a w deklaracjach śmieciowych 2,2 tys. osób.
Gęstość zaludnienia to jest kluczowa rzecz, jeśli chodzi o nasze zadania wobec mieszkańców, np. przy zapewnieniu im utwardzonych dróg czy sieci wodociągowo-kanalizacyjnej. Gdy one powstają, mówi się o rozwoju, a to przecież bardziej nadrabianie zapóźnień cywilizacyjnych. Dopóki nie ukończy się budowy tej podstawowej infrastruktury, dopóki mieszkańcy chodzą do domu po błocie, to nie ma dla nich ważniejszych spraw ze strony gminnego samorządu. To jest to minimum, które jest potrzebne, żeby te miejscowości nie wymierały.

- Mówił Pan, że są już samorządy, którym i na to minimum zaczyna brakować.

- Faktycznie są takie gminy. Wiadomo, że przy obecnym bałaganie urbanistycznym i rozproszeniu zabudowy, dróg nie da się szybko zbudować wszędzie. Ale niech te miejscowości będą mieć jakąś niezbyt odległą perspektywę, że te drogi tam powstaną. Najgorzej jest w przypadku dróg powiatowych, bo starostwa nie mają na nie pieniędzy. U nas te drogi są w dużej części bardzo dziurawe, w fatalnym stanie. Gdyby nasz powiat bialski wydawał na swoje drogi tyle, co teraz, to potrzeba byłoby mu ponad 160 lat, żeby na nich wszystkich położyć nową, 5-centymetrową warstwę asfaltu. To znaczy, że jeśli nic się nie zmieni, to nigdy nie będzie porządnych dróg.

To samo dotyczy wielu gmin. Nie ma jasnej perspektywy, że my w ciągu 10-15 lat zapewnimy to minimum. Tymczasem jeśli mieszkańcom tego minimum się nie zapewni, to ludzie z takiej miejscowości czy gminy uciekają, szczególnie młodsi, i te miejscowości wyludniają się w przyspieszonym tempie. Będą znikać całe miejscowości, a nawet całe gminy.

Dobrze wprawdzie, że rządowe środki na budowę dróg lokalnych są zwiększone, ale jest jeden problem: czy będziemy mieć na udział własny do tych projektów? Może na początku tak, ale później już nie. Pamiętajmy też o tym, że każda nowa inwestycja, w tym droga, po jej oddaniu do użytku generuje pewne koszty stałe. Bo trzeba ją utrzymywać, naprawiać, odśnieżać, obkaszać.

Ministerstwo Finansów często podkreśla, że dochody samorządów rosną. Szkopuł w tym, że liczy je łącznie. Są samorządy, którym te dochody wzrosły znacząco, ale są też takie, którym te dochody wzrosły minimalnie lub w ogóle się nie zwiększyły czy nawet spadły.

- Prof. Romuald Jończy, zajmujący się tą tematyką od strony demograficznej, mówi, że gdyby, licząc dochody samorządów czy wzrost PKB Polski, odjąć tylko kilka największych miast, to mielibyśmy zupełnie inne, dużo gorsze, pesymistyczne dane.

- Otóż to. Dziś w wielu gminach wiejskich niewielkie wahnięcie w dochodach, np. spowodowane odgórną podwyżką płac nauczycieli, rujnuje ich finanse, wieloletnie plany finansowe. Nie możemy myśleć o przyszłości, o długofalowych planach, o większych inwestycjach, żeby je wcześniej, wyprzedzająco, przygotowywać. Dziś związana z nimi biurokracja jest ogromna, prawo dotyczące inwestycji jest bardzo przeregulowane. W małej gminie sytuacja jest w tym przypadku dużo trudniejsza niż w dużym mieście, w którym urzędników jest dużo więcej i bardziej się specjalizują w określonej dziedzinie. A my, odliczając księgowość czy ośrodek kultury, mamy kilku urzędników, którzy muszą nadążyć za tą ogromną zmiennością prawa, ciągle nowelizowanymi ustawami. Im mniejszy samorząd, tym jest to trudniejsze.

- Panie Wójcie, wracając do sytuacji finansowej wielu gmin wiejskich, do tego, że różnice między bogatszymi i biedniejszymi gminami wciąż się pogłębiają. Co trzeba zrobić, żeby temu zjawisku przeciwdziałać?

- Naszym zdaniem bez zmiany ustawy o dochodach ta sytuacja będzie coraz trudniejsza. I samorządy gminne, w wielu gminach czy miasteczkach, staną się bardziej takim terenowym oddziałem administracji niż rzeczywistym samorządem.

Potrzebny jest nowy mechanizm wyrównawczy, który będzie dawał każdej gminie szansę, by osiągnąć w jakiejś sensownej perspektywie pewien minimalny standard usług publicznych: szkół, dróg, przedszkoli itd. Zamiast np. Funduszu Dróg Samorządowych lepsza byłaby stała subwencja drogowa, przeliczana na długość zarządzanych dróg, ale też uwzględniająca poziom dochodów własnych gminy. Tak, żeby biedniejsze gminy mogły w jakiejś nie bardzo odleglej perspektywie doprowadzić swoje drogi do pewnego minimalnego standardu. Przy takiej subwencji włodarze gmin będą mogli sobie to zaplanować, na wiele lat do przodu, ustalić, które po kolei robić.

Ten mechanizm powinien też uwzględniać koszty utrzymania infrastruktury. Dziś opiera się on na historycznych wydatkach. A przecież to, że gminy wcześniej mniej wydawały, nie znaczy, że tam nie ma większych potrzeb. One mniej wydawały, bo tylko na tyle je było stać.

Brakuje nam np. środków na „skupianie zaludnienia”. Polska jest krajem z dużym chaosem przestrzennym, z bardzo rozproszoną zabudową. Na zachodzie Europy wsie są duże, zwarte, mają po kilka tysięcy mieszkańców. Wtedy ta infrastruktura jest tańsza. A u nas tu chałupka, tam chałupka, zabudowa rozproszona, luźno rozrzucone pojedyncze domy. To bardzo podraża np. dowóz dzieci do szkoły czy odbiór śmieci.

Nasza gmina, licząca około 6 tys. mieszkańców, rozciągnięta wzdłuż Bugu, ma 50 km od jednego krańca do drugiego, i powierzchnię liczącą 1/3 terytorium Warszawy. Mamy dużą sieć dróg gminnych, którą trzeba utrzymać, odśnieżyć zimą, bo dzieci trzeba dowieźć do szkoły. Często zbiera się pojedyncze dzieci lub po kilka z jednej wsi.

- Są już miejscowości czy gminy, które z tych powodów szybko się wyludniają?

- To już się dzieje. Jeśli nadal będzie polityka nadopiekuńczości nad dużymi miastami, to za 25 lat trzeba tworzyć programy zaludniania niektórych znacznych części kraju. To będzie znacznie trudniejsze i bardziej kosztowne niż nie dopuszczenie do wyludnienia się tych wsi. Tyle mówi się o zrównoważonym rozwoju kraju, więc w końcu zastosujmy to w praktyce.

Potrzeby ludzi w tych miejscowościach są takie same, jak wszędzie indziej. Sami, jako samorządy gminne, nie damy sobie z tym rady. Nie mamy takich możliwości jak państwo, nie stworzymy nowego podatku. Trzeba jeszcze uwzględnić zamożność naszych mieszkańców. U nas na 6 tys. mieszkańców tylko 23 jest w II grupie podatkowej.
Nasze problemy są całkiem inne niż w dużych miastach. U nas nie trzeba wielkich, bardzo kosztochłonnych inwestycji, jakichś wiaduktów czy węzłów drogowych. Tylko trzeba wprowadzić mechanizmy, które dawałyby szanse na dojście w rozsądnej perspektywie do tego minimum. Bardzo by się przydały środki, o czym już wspomniałem, na zwieranie zabudowy, np. na uzbrajanie terenów, gdzie taka zwarta zabudowa mogłaby powstać, w niedużej odległości od szkoły (bez dowozu do szkoły), przedszkola itd. Żeby doprowadzić do tego, co jest normą na zachodzie Europy.

Ten proces nie będzie szybki ani prosty. Ale to jest konieczne, żeby nie rozbudowywać istniejących dróg i nie dopuszczać do jeszcze większego rozproszenia zabudowy. Jesteśmy liderami w Europie, jeśli chodzi o rozpraszanie zabudowy. Nasze prawo jest bardzo liberalne, dziurawe w tym zakresie i pozwala w zasadzie wybudować dom wszędzie, w dowolnym miejscu. To jest ogromna bolączka, bo winduje ceny usług komunalnych, dowozu dzieci do szkoły.

- Twierdzi Pan, że potrzebna jest też pilnie wycena usług zleconych, ich standaryzacja. Dlaczego to takie ważne?

- Wycena, standaryzacja zadań zleconych jest tak samo ważna jak zmiana systemu finansowania oświaty. Ona też jest niezbędna, by sytuacja gmin wiejskich uległa poprawie. Niestety, rząd, mimo naszych monitów, dotąd tym się nie zajął.

Bez standaryzacji usług żadne zmiany w subwencji wyrównawczej nie mają sensu, nie ma co zmieniać ich zasad. Jeśli sobie tego nie policzymy, nic się nie zmieni. Są zadania zlecone, gdzie pieniędzy od rządu na ten cel wystarcza nam na jeden dzień pracy w tygodniu.

To kluczowa sprawa. Kiedyś to, co państwowe, było najlepiej opłacone. Dziś, niestety, jest zupełnie inaczej. Wycena czy standaryzacja usług zleconych jest konieczna, bo te usługi różnie kosztują w różnych gminach. Dzisiejszy sposób, uwzględnianie liczby operacji, nijak się ma do tego, co musimy zapewnić naszym mieszkańcom i ile nas to faktycznie kosztuje.

- To też dyskryminuje gminy wiejskie…

- Tak, bo my tych operacji mamy mniej niż miasta. Zaś z drugiej strony u nas wykonywanie tych usług, przy rozproszonej zabudowie, niewielkiej liczbie mieszkańców, więcej kosztuje niż w miastach. Dla przykładu: Lubelszczyzna jest najmniej zaludnionym regionem w kraju, mamy 50 osób na 1 km2, te koszty są więc tutaj dużo większe niż gdzie indziej.

Jeśli byśmy usługi zlecone wycenili, zapewnilibyśmy je na poziomie porównywalnym, minimalnym, wszędzie, niezależnie od tego, w której części Polski gmina się znajduje, niezależnie od jej dochodów własnych. To przecież obowiązek państwa. Były różne pomysły. Np. żeby łączyć gminy, żeby miały co najmniej 20 tys. mieszkańców. Ale u nas do tego trzeba by połączyć z pięć gmin, które łącznie mają powierzchnię większą dwukrotnie od terytorium Warszawy. Ośrodki pomocy społecznej muszą tam zostać, tak samo szkoły i jeszcze pewnie musiałyby być w byłych miejscowościach gminnych filie urzędu gminy. To na czym byśmy zaoszczędzili?

Wycena usług zleconych posłużyłaby też do opracowania nowego mechanizmu wyrównawczego. Bo wiedzielibyśmy, ile gminy na nie wydają i ile trzeba tym biedniejszym dołożyć, by zapewnić minimalny standard tych usług.

- Czego jeszcze potrzebują gminy wiejskie, żeby mogły się rozwijać?

- Mówiłem już o stałej subwencji drogowej, przeliczanej na każdy kilometr gminnych dróg, zamiast doraźnych dotacji z rządowego programu dróg lokalnych, którego zasady i pula środków się zmieniają, nie ma pewności, że gmina w danym roku je otrzyma. Może też jej brakować na wkład własny i wtedy w ogóle nie wystąpi o nie. Subwencja drogowa stabilizowałaby finanse gmin wiejskich.

Potrzebna jest też im subwencja ekologiczna za rezerwaty, parki narodowe, obszary Natura 2000, parki krajobrazowe itd., które zajmują bardzo dużą część powierzchni gmin wiejskich. W mojej gminie to aż 2/3. A trzeba o te tereny dbać, chronić je. Kto ma to robić, jeśli nie my, mieszkańcy, tych terenów, ich samorządy? To jednak kosztuje. Poza tym takie tereny mają bardzo ograniczone możliwości rozwojowe, dużo ograniczeń, związanych z inwestowaniem na nich. Niektórych inwestycji wręcz nie można tam ulokować. U nas to wygląda np. tak, że nie możemy zrobić kopalni piasku, bo leżałaby w otulinie parku krajobrazowego. Choć piasek jest nam bardzo potrzebny przy naszych inwestycjach. To są więc bardzo konkretne ograniczenia.

Subwencje: drogowa i ekologiczna zapewniałyby zrównoważony wzrost dochodów tych gmin, które dziś są najsłabsze, są w najgorszej sytuacji. Chodzi o to, żeby bardziej sprawiedliwie podzielić tort z wpływami z podatków, żeby tych najsłabszych podciągnąć i dać im szansę.

- Dotąd ten tort nie był sprawiedliwie dzielony, bo na przykład, na co Państwo zwracali uwagę, nieproporcjonalnie dużą część, a w niektórych regionach nawet większość, środków unijnych z regionalnych programów operacyjnych, otrzymywały stolice województw. Które i bez tych środków by się rozwijały, poradziłyby sobie. Innymi słowy, bardziej wspierano bogatych niż biedniejszych, co trudno zrozumieć.

- Jeszcze niedawno mówiono nam, że powinniśmy stawiać na największe miasta, na ich rozwój, a one wtedy pociągną za sobą resztę kraju i wszystkim będzie żyło się lepiej. Tylko, że to nie znajdowało żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Nie wiem, jak to, że będzie się rozwijać metropolia lubelska, do której z Terespola jest 150 km, wpłynie na rozwój mojej gminy.

Myśmy bardzo zabiegali o to, żeby to zmienić, jeszcze za pani minister Bieńkowskiej. Proponowaliśmy, żeby przynajmniej 30 proc. środków z RPO przeznaczyć na obszary wiejskie, dać im w ten sposób szanse rozwojowe. Przecież na tych obszarach mieszka 40 proc. Polaków, a z uwzględnieniem małych miasteczek, które też w większości są w trudnej sytuacji, podobnej do gmin wiejskich – 50 proc. polskiego społeczeństwa. Mimo to tego naszego postulatu nie przyjęto.

I niestety, gminy wiejskie nadal cierpią przez nadopiekuńczość nad dużymi miastami.

- Wiele gmin wiejskich, szczególnie we wschodniej Polsce, jest w bardzo trudnej sytuacji. Brakuje im dochodów własnych, środków na inwestycje, w zastraszającym tempie się wyludniają. To dotyczy m.in. gmin sąsiadujących z Państwa gminą. Co należałoby zrobić, żeby pomóc tym gminom, żeby zatrzymać ich wyludnianie, żeby przestały się „zwijać”? Jakie rozwiązania systemowe, na szczeblu krajowym, są w tym celu potrzebne?

- Jeśli chodzi o wschodnie tereny Polski, potrzebne im jest bardzo duże wsparcie. My akurat, jako gmina Terespol, sobie poradziliśmy, ale to zawdzięczamy w dużej mierze naszemu położeniu. Sąsiednie gminy nadbużańskie ewidentnie się wyludniają. By im pomóc, potrzeba tego, o czym już mówiłem: nowego mechanizmu wyrównawczego w dochodach gmin. Trzeba też wprowadzić jasny podział, że to państwo wypłaca pensje nauczycielom. Tak jest we Francji, Niemczech, Holandii czy Belgii. W tych krajach nauczyciel jest urzędnikiem państwowym. Państwo powinno też zapewnić środki na to, by samorządy zapewniły w swych szkołach pewien minimalny standard. Nie może być bowiem tak, jak dziś, że standard, jaki oferuje szkoła, zależy od zamożności gminy. W tych najbogatszych gminach szkoły mają baseny, a najbiedniejsze, ze względu na swą sytuację finansową, mają problem z zapewnieniem podstawowych standardów.

Dlatego też bardzo potrzebna jest wycena usług publicznych, nie tylko w tej kwestii.

- Gmina Terespol, mimo, że leży na peryferiach Polski, w jej najbiedniejszej części, jest przykładem wielkiego sukcesu. Od lat szybko się rozwija, dużo inwestuje, jest nowoczesna. W ostatnich dwóch dekadach zmieniła się nie do poznania – na lepsze. Ściągnęła wielu inwestorów, którzy utworzyli setki nowych miejsc pracy. Zatrzymała spadek liczby mieszkańców, m.in. dzięki temu, że przyciągnęła nowych. Jak to wszystko się udało?

- Już wiele lat temu uznaliśmy, że gminą rolniczą nie będziemy, bo mamy słabe gleby. Gdy zdjęto podatek rolny z gleb V i VI klasy, to 2/3 tego podatku gmina straciła.

Uznaliśmy, że musimy wykorzystać nasze położenie – przy najważniejszym paneuropejskim szlaku transportowym, który łączy Paryż, Berlin, Warszawę, Mińsk i Moskwę, a także Azję i Chiny z Europą. W związku z tym już na olimpiadę w Moskwie miała powstać autostrada między Warszawą a Moskwą, a wybudowano ją tylko od granicy z Polską, od Brześcia do Moskwy. Tam więc od dawna jest dwupasmowa autostrada do Moskwy, a u nas do dziś jej nie wybudowano, choć to tak ważny szlak komunikacyjny, który łączy nas z atrakcyjnymi, dużymi rynkami wschodnimi. Już Wokulski wiedział, że na handlu ze Wschodem można dobrze zarobić. Nie ma co na sąsiadów się obrażać, tylko trzeba myśleć o gospodarce. Jeśli będziemy zamożniejsi, będziemy inaczej patrzeć na świat. Dobre relacje ze Słowianami ze wschodu byłyby naszym atutem w UE.

Jak nam się udało? Duże znaczenie miała stabilność władz wykonawczych gminy. Jestem wójtem naszej gminy od 1992 r. W mieście Terespol te władze bardzo często się zmieniały, choć to ustabilizowały trochę bezpośrednie wybory wójtów, burmistrzów i prezydentów. Te częste zmiany nie służyły tam jakimkolwiek planom i ich realizacji.
Nawet obecna 5-letnia kadencja jest dla większych przedsięwzięć za krótka. My przez 10 lat wykupowaliśmy grunty pod zbiornik wodny i pod przyszłe centrum naszej gminy, a z naszej strategii, którą przyjęliśmy w 1996 r. i którą do dziś realizujemy, z niewielkimi modyfikacjami, brakuje jeszcze ośrodka kultury, ośrodka zdrowia i paru innych rzeczy.

U nas planujemy inwestycje z bardzo dużym wyprzedzeniem, dużo wcześniej zaczynamy do nich się przygotowywać. Mieliśmy dopracowaną strategię, w której wyznaczyliśmy priorytety, to, w jakiej kolejności będziemy realizować poszczególne inwestycje, np. budować drogi. W pierwszej kadencji wzięliśmy się za wodociągi, w drugiej za kanalizację, a potem za drogi. W 1991 r., gdy powstała nasza gmina, tylko w jednej miejscowości była utwardzona droga – na 26.

Gospodarkę wodno-ściekową zakończyliśmy przed wejściem Polski do UE. Mając wiele projektów przygotowanych, realizowaliśmy je, starając się o różne zewnętrzne środki, w tym unijne, nie sięgając po większe kredyty. Dopiero budując siedzibę urzędu gminy, wzięliśmy większy kredyt, który teraz kończymy spłacać. Sięganie po dotacje zewnętrzne bardzo przyspieszało realizację naszych planów. Teraz planujemy budowę ośrodka zdrowia, domu kultury, rozbudowę oczyszczalni, i też będziemy po te zewnętrzne środki sięgać, bo własnych tyle nie mamy.
Bez zewnętrznych pieniędzy bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, dużo dłużej zajęłaby nam realizacja tych inwestycji.

- Panie Wójcie, inwestorzy przyszli do Państwa gminy, bo była infrastruktura?

- Tak, to jest kluczowa sprawa. My wiele lat temu skomunalizowaliśmy teren lotniska wojskowego, to było 167 ha. Uzbrojenie tego terenu bardzo dużo kosztowało i ciężko było do tego przekonać niektórych radnych. Mówili nam: a dlaczego nie budować dróg najpierw tam, gdzie ludzie mieszkają? Dlaczego nie budujemy dróżki przez ich miejscowość, tylko przy Wolnym Obszarze Celnym? Co nas to obchodzi, my potrzebujemy drogi dla mieszkańców.
Tymczasem dzięki temu, że przygotowaliśmy te tereny inwestycyjne, one stały się atrakcyjne. Przyszły firmy, pojawiły się miejsca pracy, podatki pośrednie, od nieruchomości. Powstały prywatne terminale przeładunkowe, które zatrudniają po kilkaset osób, co zrekompensowało nam ubytek miejsc pracy związany z restrukturyzacją PKP, które zatrudniały u nas kiedyś bardzo dużo ludzi.

Dziś mamy 3 tys. miejsc pracy na 6 tys. mieszkańców, co oznacza, że z tych miejsc pracy korzystają też sąsiedzi.

- Ile z tych 3 tys. miejsc pracy to nowe miejsca pracy, które powstały dzięki działaniom Państwa samorządu, wykupieniu i uzbrojeniu terenów pod inwestycje?

- Mniej więcej połowa. Teraz doczekaliśmy się tego, że przez teren naszej gminy ma przechodzić chiński Nowy Szlak Jedwabny, że Chińczycy są bardzo zainteresowani wykorzystaniem szlaku transportowego przebiegającego przez naszą gminę. To jest dopełnienie naszych marzeń. W połowie lat 90. nawet nam się nie śniło, że będziemy tak ważnym miejscem w Eurazji.

Na tym skorzystają sąsiadujące z nami gminy, które są w trudniejszej sytuacji.

- Panie Wójcie, wiele gmin na wschodnim pograniczu jest w bardzo trudnej sytuacji. Nie rozwijają się, w zastraszającym tempie się wyludniają. Mimo, że leżą przy granicy państwa, co powinno być przecież rozwojową szansą. Gminy w zachodniej Polsce, usytuowane przy granicy z Niemcami, bardzo na tym skorzystały, rozwinęły się dzięki takiemu położeniu. Dlaczego to nie wychodzi na granicy z Białorusią?

- Ta granica to granica dwóch systemów gospodarczych. To wielki potencjał. Na dodatek u nas po drugiej stronie Bugu jest 380-tysięczne białoruskie miasto Brześć.

Gdyby ta granica była bardziej otwarta, przepuszczalna, nie było kolejek na granicy, stania tam po kilka godzin, to zmieniłoby się bardzo wiele. Po pierwsze i u nas coraz bardziej zaczyna brakować pracowników. Myślę, że dla wielu mieszkańców Brześcia atrakcyjna byłaby praca w terminalach przeładunkowych, które powstają w naszej gminie. Gdyby nadal mieszkali u siebie i do nas dojeżdżali codziennie do pracy.

Po drugie wróciłby ten handel, który kwitł w Terespolu przed wejściem Polski do strefy Schengen. Wtedy było tam ponad 100 sklepów prywatnych, dziś jest ich kilka. Do 6-tysięcznego miasta Terespol przyjeżdżało na zakupy codziennie 10 tys. Białorusinów. Trudno pojąć, dlaczego my dotąd nie mamy tutaj małego ruchu granicznego, dlaczego rząd nie podjął decyzji o jego wprowadzeniu. To jest przecież w naszym interesie.

Polska bardzo zyskałaby na ułożeniu sobie lepszych stosunków z Białorusią. Między nami nie ma większych różnic, łączy na historia, mamy podobną kulturę, religię, język. Wydaje się więc, że moglibyśmy mieć z nią lepsze relacje. Białoruś próbuje balansować między Wschodem a Zachodem i zachować swoją autonomię, niezależność. Większa niż dotąd otwartość Polski na Białoruś wiele by dała, z jednej strony lokalnie, bo nadbużańskie gminy dostałyby wędkę zamiast ryby, ale z drugiej skorzystałby cały nasz kraj, co widać choćby na przykładzie jabłek, które Białorusini kupują w Polsce w ogromnych ilościach. Kupują też bardzo dużo mleka na Podlasiu.

Białoruś gospodarczo się rozwija, sięga po najnowsze technologie, inwestują tam m.in. Chińczycy, a efekt jest taki, że jeśli chodzi o ekonomię, poziom życia, to dużej różnicy między białoruskim Brześciem a wschodnią Polską nie ma.

- Przy większej współpracy bardziej przyciągalibyśmy Białoruś do Zachodu.

- Ale my nie mieliśmy takiej oferty, ani przed Łukaszenką, ani za niego. Jak byśmy wyczekiwali na jakieś zmiany, które nie wiadomo, co miałyby dać.

- Ile czeka się na granicy polsko-białoruskiej w Terespolu, żeby ją przekroczyć?

- To jest nieprzewidywalne, zwykle trwa kilka godzin. Mamy 17 szlabanów w jedną i drugą stronę. Sama odprawa, jeśli już dojedzie się do szlabanu, zajmuje minimum godzinę. Bo sprawdzają służby graniczne jedne i drugie, trzeba rejestrować samochody itd. Kiedyś były wspólne odprawy graniczne, ale z tego zrezygnowano.

Granica jest bardzo dobrze chroniona po obu stronach, ale jest katastrofą dla przekraczających ją. My przede wszystkim nie mamy umowy między Polską a Białorusią o granicy państwowej. Obowiązuje wciąż w tej sprawie umowa z lat 60. między PRL a ZSRR. My przez 30 lat nie dogadaliśmy się z sąsiadami w tej sprawie. Nie ma ruchu pieszego, nie ma rowerowego. Wybudowano w Terespolu nowy, duży dworzec dla osób jadących przez granicę, ale między Brześciem a Terespolem kursują tylko trzy pociągi na dobę.

Ta granica przypomina granicę między Izraelem a Palestyną. Tylko my przecież nie jesteśmy w stanie wojny z Białorusią.

- Gmina Terespol porwała się na bardzo ambitne i ciekawe przedsięwzięcie. Wykupili Państwo kilkadziesiąt hektarów szczerego pola w centrum gminy i chcą Państwo stworzyć tutaj nowe, centralne osiedle – z siatką ulic, rynkiem i ratuszem, który już stoi, pośrodku.

- Plan zagospodarowania przestrzennego naszej gminy jest uznawany za wzorcowy. Jedną strefę aktywności gospodarczej przewidzieliśmy w nim w Małaszewiczach, przy tamtejsze stacji towarowej, największej w Polsce. Powstało tam kilkanaście nowych terminali przeładunkowych.

Drugą strefę aktywności gospodarczej widzimy przy powstałym już terminalu samochodowym Koroszczyn, bo tam będzie przebiegać przyszła autostrada A2. Tamte tereny należą do Agencji Nieruchomości Rolnych, od której chcieliśmy je pozyskać, ale agencja tego nie chciała. Szkoda, bo zachowała się, jak byśmy byli innym państwem, ale przygotujemy planistycznie te tereny – niech je sprzedają sami. Tam już pierwsze firmy się ulokowały. Jest np. firma, która między Chinami a Koroszczynem przewozi towary ciężarówkami.

Tereny w centrum gminy wykupiliśmy z myślą o budowie zwartego osiedla mieszkaniowego, bo stąd jest wszędzie będzie blisko, np. na pieszo będzie można dojść do szkoły, przedszkola czy do kościoła. Obok będą tereny rekreacyjne ze zbiornikiem wodnym. Jest już tutaj pełna infrastruktura, pełne uzbrojenie.

- Jaką te tereny mają powierzchnię?

- Mamy tam 60 ha gruntów. Podzieliliśmy je na 600 działek, co oznacza, że będzie mogło tu mieszkać zamieszkać około 2 tys. osób. Zainteresowanie tymi działkami jest bardzo duże, więc to, co zainwestowaliśmy w te działki, powinno nam się zwrócić. Sprzedaliśmy już 50 działek, powstały pierwsze domy.

Mam nadzieję, że w ciągu najbliższych 20 lat powstanie tutaj piękne, duże osiedle. Chcemy, żeby powstał tutaj dom kultury, ośrodek zdrowia, apteka, przewidzieliśmy nawet miejsce pod cmentarz komunalny. Tak, żeby wszystko, co najpotrzebniejsze dla mieszkańców, było na miejscu.

Nasz plan zagospodarowania tak się podobał, że niektóre uczelnie podają go za wzorzec. A więc nie tylko odrabiamy zapóźnienia, ale też aktywnie kreujemy rozwój gminy.

- Wracając do gmin wiejskich, proszę o podsumowanie.

- My jako samorządy nie chcemy konkurować z rządem, rywalizować z nim, kto komu będzie coś dawał. Bo to nie ma żadnego znaczenia. Żyjemy w jednym państwie. Albo będziemy mieć wspólne sukcesy albo nie będziemy mieć ich w ogóle. Chcemy współpracować z rządem, wspólnie z nim zastanawiać się, co należałoby jeszcze zrobić, co poprawić, jak skorzystać z naszych doświadczeń, jak zaprojektować najlepsze mechanizmy i narzędzia, które dałyby najlepsze efekty.

Te dysproporcje, defekty, o których mówiłem, da się naprawić. Nikt nie kwestionuje tego, co już się udało. W polskich samorządach udało się bardzo dużo, a największy udział w tym miały samorządy gminne. Nie wyobrażam sobie bez nich Polski lokalnej.

Rozmawiał Jacek Krzemiński
TAGI:
 
KOMENTARZE: 0 PRZEJDŹ NA FORUM

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ

 
newsletter

TAGI

PARTNERZY 


  Związek Gmin Wiejskich  

KONTAKT
Polska Agencja Prasowa SA
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (+48 22) 509 22 22
Faks: (+48 22) 509 22 34
REDAKCJA SERWISU SAMORZĄDOWEGO PAP
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (22) 509 29 25
Faks: (22) 509 23 72, (22) 509 22 20
e-mail: samorzad@pap.pl
e-mail klubowy: klub@pap.pl
DZIAŁ SPRZEDAŻY I OBSŁUGI KLIENTA
Rafał Szafrański
Tel.: (22) 509 27 03
Kom.: 722 202 428
r.szafranski@pap.pl
PAP Copyright © PAP SA 2013 .
Redakcja  |  O portalu  |  Licencje  |  Polityka Prywatności  |  v 1.4.25