facebook RSS # #

23.11.2017 14:03

Polska Agencja Prasowa Serwis Samorządowy
 
2017-07-10 13:50       aktualizacja: 2017-07-10 12:56       WIADOMOŚCI
  A A A

Nie odpuścimy RIO. Prezes ZMP o najważniejszych wyzwaniach samorządów

Nie odpuścimy RIO. Prezes ZMP o najważniejszych wyzwaniach samorządów
Fot.PAP/J.Kaczmarczyk
Zygmunt Frankiewicz, prezes Związku Miast Polskich i prezydent Gliwic, w wywiadzie z Serwisem Samorządowym ostro krytykuje nowelę ustawy o RIO. Ocenia, że należy zmienić sposób finansowania samorządu i zlikwidować Kartę Nauczyciela. Mówi także, jak zapobiec degradacji mniejszych miast.

PAP: Panie Prezydencie, dla samorządów sprawą numer jeden jest dziś nowelizacja ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych, która bardzo rozszerza ich uprawnienia względem samorządów. Co Pan o tym sądzi?

Z. Frankiewicz: Ta sprawa jest rzeczywiście poważna, bo to nie jest zwykła zmiana przepisów, ale bardzo istotna, wręcz krytyczna, zmiana ustrojowa. Jeżeli te zapisy weszłyby w życie w takiej postaci, w jakiej wyszły z połączonych Komisji Sejmowych Samorządu i Finansów Publicznych, oznaczałoby to – moim zdaniem - koniec niezależności samorządu. I nie jest to przesada. Uważam, że ta zmiana jest podyktowana chęcią ręcznego sterowania samorządami, które według Konstytucji RP powinny być niezależne.

- Co zmieniłaby ta nowelizacja, gdyby prezydent ją podpisał zamiast skierować – zgodnie z apelem organizacji samorządowych - do Trybunału Konstytucyjnego?

- Według obecnych przepisów regionalna izba obrachunkowa w zakresie zadań własnych samorządów może badać wyłącznie legalność decyzji, czyli zgodność z obowiązującym prawem. Od jej decyzji można się odwołać do sądu administracyjnego, który rozstrzyga, czy jest to zgodne z przepisami, czy nie. Jeżeli jednak, zgodnie z nowelizacją, RIO badałyby decyzje samorządu także pod kątem rzetelności i gospodarności, to będziemy mieli do czynienia – w odróżnieniu od obecnej sytuacji – z czystą uznaniowością. Dlatego mówię o ręcznym sterowaniu, bo w ten sposób rząd mógłby ingerować w decyzje organów gmin, demokratycznie wybieranych, które mają dokładnie taki sam mandat, jak mandat rządzących.

Intencja i wydźwięk tych zmian jest taka, żeby to rząd sam mógł wybierać prezesów izb i składy ich kolegiów orzekających. Nowe przepisy dawałyby też RIO możliwość decydowania – w trybie nadzoru - o tym, co samorządy mogą finansować, a czego nie. To zaś byłoby już bardzo jaskrawym pozbawieniem samorządów niezależności. Choć poprawka wprowadzona w ostatniej chwili w Sejmie, czyli ograniczenie badania przez RIO gospodarności i rzetelności do środków zwrotnych, czyli kredytów i pożyczek, w pewnym stopniu zmienia sytuację.

- Kto był autorem tej poprawki?

- Trudno powiedzieć, bo wydawało się, że po wyjściu projektu nowelizacji z komisji już nie będzie większej dyskusji w Sejmie, że wszystko jest już uzgodnione. Jednak w ostatniej chwili wnioskodawcy, czyli Ministerstwo Finansów, zaproponowało zmiany, wychodząc w pewnej mierze naprzeciw naszym postulatom.

- Posłuchało apeli samorządowców?

- Nie chcę tutaj spekulować, ale jest prawdopodobne, że to na skutek naszych interwencji.

- Czy ta poprawka wystarczy, żeby utrzymać niezależność samorządów?

- Nie wystarczy. Środki dłużne w samorządzie idą wyłącznie na inwestycje. Większość samorządowych inwestycji jest finansowana z pomocą kredytu bądź pożyczki. Innymi słowy, jeśli takie przepisy wejdą w życie, to urzędnicy rządowi, którymi de facto staną się pracownicy RIO, będą mogli decydować o uchylaniu uchwał, dotyczących kierunku inwestowania, podejmowanych przez rady miasta. To jest nie do przyjęcia. Dlatego będziemy nadal apelowali do prezydenta, żeby skierował tę nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego. Jeśli nie skieruje, to będziemy rozważać, czy my sami tego nie zrobimy.

- Kolejna kluczowa zmiana to reforma edukacji. Likwidacja gimnazjów w zasadzie już się dokonała, ale teraz MEN chce jeszcze zmienić model finansowania oświaty. Jak Pan to ocenia?

- Samorządy w większości krytycznie podchodziły do reformy, polegającej na likwidacji gimnazjów. Problem tkwi w tym, że nawet gdyby było sporo racji, przemawiających za tą reformą, to w przypadku oświaty nie zmiany organizacyjne są najważniejsze i najpilniejsze.

- A co jest pilniejsze i ważniejsze?

- Prawo oświatowe, czyli Karta nauczyciela. Ten akt prawny, wprowadzony w stanie wojennym, powinien moim zdaniem w całości powinien przejść do historii. To bardzo niekorzystne prawo, które według mnie w bardzo dużym stopniu ogranicza pozytywne zmiany w szkolnictwie.

- To znaczy?

- Na przykład ogranicza dostęp do zawodu. Powoduje skostnienie całego systemu. To trzeba zmienić. Najważniejsze jest to, czego i jak się uczy w szkołach. Likwidacja gimnazjów tego nie zmieni. To samo dotyczy proponowanych zmian modelu finansowania oświaty. Dziś jest tak, że szkolnictwo to zadanie własne gminy, ale jednocześnie odbiera się nam w odniesieniu do niego moc decyzyjną. O poziomie wynagrodzeń nauczycieli decyduje rząd i związki, a nie samorządy. Zaś obecna reforma jeszcze bardziej ograniczyła naszą decyzyjność w tej dziedzinie, bo na przykład o sieci szkół decyduje obecnie w większym stopniu kurator, czyli administracja rządowa, niż samorząd. Czyli ktoś podejmuje decyzje, które skutkują zwiększonymi wydatkami, a ktoś inny za to płaci. W ten sposób nigdy się nie osiągnie dobrego stanu w jakiejkolwiek dziedzinie. To samo dotyczy arkuszy kalkulacyjnych. Czyli ktoś decyduje, ile ma być oddziałów, na ile jest to optymalizowane w skali gminy, a gmina za to płaci.

- A jak powinno być?

- Wyjścia są dwa. Pierwsze to więcej decyzyjności po stronie samorządu, czyli zdjęcie tych gorsetów, o których już mówiłem. Inaczej rzecz ujmując: samorządy za wszystko odpowiadają i finansują. Drugie rozwiązanie polegałoby na tym, że o wszystkim decyduje administracja rządowa, ale ona także ponosi wszelkie koszty swoich decyzji. Czyli albo my za wszystko odpowiadamy i my decydujemy, albo decyduje rząd, ale też ponosi w całości koszty swoich decyzji.

- To drugie to model francuski, gdzie szkoły są zadaniem zleconym: samorządy je tylko prowadzą, a wszystkie koszty ich utrzymania ponosi państwo. Czy to realne i u nas?

- Nie. Dlatego, że w Polsce samorządy dokładają dziś do szkół wiele miliardów złotych. I te miliardy musiałby wyłożyć rząd. Ten problem nie dotyczy tylko szkół, bo w wielu dziedzinach zabiera się nam kompetencje, a dokłada wydatki, przekazuje kolejne zadania zlecone, nie zapewniając wystarczającego ich finansowania.

- Samorządy podnoszą ten problem od lat. Budżet państwa jest jednak coraz bardziej napięty. Z niego więc rząd raczej nie dosypie samorządom. Dałoby się znaleźć inny sposób?

- W tej materii jest wiele rzeczy do zrobienia. Trzeba by zacząć od przejrzenia modelu finansowania samorządów. Dlatego, że mamy finansowanie oparte na kilku źródłach, które są mało zależne od samorządu. Na przykład podatek od nieruchomości ma górne, ale ustawione na niskim poziomie, limity. Takie same dla małej biednej, peryferyjnie położonej gminy wiejskiej i dla dużego, bogatego miasta. Górne stawki są wszędzie jednakowe i to jest trochę absurdalna sytuacja.

- Jak to zmienić, skoro nikt nie odważy się wprowadzić podatku katastralnego, czyli od wartości nieruchomości?

- To nie jest jedyna możliwa alternatywa. Inną jest strefowanie podatku od nieruchomości, czyli umożliwienie zróżnicowania jego stawek w zależności od tego, gdzie nieruchomość się znajduje. Tak, żeby np. był on wyższy w centrum miasta, a niższy na peryferiach. Następna sprawa: podatek dochodowy od osób fizycznych, z którego samorządy czerpią dużą część swoich dochodów. Jednak właśnie za sprawą tego podatku, zwolnieniami z niego, kwotą wolną i podobnymi operacjami, władze centralne mogą jednym ruchem, ponad naszymi głowami, wpłynąć na dochody samorządów, zaburzając ich płynność. Takie sytuacje już miały miejsce.

- Jak długo samorządy będą to jeszcze w stanie wytrzymać?

- Trudno to precyzyjnie określić. Dlatego, że skutki takiej polityki są odsunięte w czasie. Na przykład będą związane z wydatkami inwestycyjnymi. Rząd, w tym wicepremier Morawiecki, ubolewa nad tym, że w Polsce za mało się inwestuje. Tymczasem 70 proc. inwestycji publicznych przypada u nas na samorządy, a wprowadza się przepisy, które ograniczą im możliwości inwestowania.

- Ma Pan na myśli planowane zaostrzenie przepisów, dotyczące zadłużania się samorządów?

- Tak. Te zmiany nie uwzględniają np. faktu, że sytuacja finansowa jednostek samorządu terytorialnego w Polsce jest bardzo zróżnicowana. Nawet w grupie miast o podobnej wielkości są bardzo duże dysproporcje. To widać szczególnie w województwie śląskim, w metropolii górnośląskiej, gdzie są miasta, które tak, jak Gliwice, mają najwyższy możliwy rating, a po sąsiedzku znajdują się ośrodki, które tracą płynność finansową, mają bieżące problemy z regulowaniem faktur, żadnej nadwyżki operacyjnej i żadnych szans na rozwój.

- Czy to jednak nie bardziej wina ich włodarzy niż obiektywnych czynników?

- Na pewno są względy obiektywne, ale od zarządzania też sporo zależy. Przy tym w najtrudniejszej sytuacji są te miasta na prawach powiatu, które nigdy nie miały statusu miasta wojewódzkiego. Miasta na prawach powiatu mają bardzo dużo zadań i często niewspółmiernie małe pieniądze na ich wypełnianie. Jednak te wojewódzkie, dotyczy to też w pewnym stopniu byłych stolic województw, mają coś, co ktoś zgrabnie nazwał „koncesją na rozwój”. Tylko dzięki temu, że są stolicami regionów, mają dodatkowe czy zwiększone dochody. Są to np. opłaty skarbowe z czynności cywilno-prawnych i wpływy z CIT-u z central firm, które mieszczą się na ich terenie.

Dam przykład. W województwie śląskim przekształcono niedawno Kompanię Węglową w Polską Grupę Górniczą. Nic się nie zmieniało oprócz tego, że trzeba było umową notarialną przenieść majątek ze starej firmy do nowej. Naliczone od tego opłaty, w sumie ponad 40 mln zł, nie poszły do tych biednych gmin, na których terenie znajdują się kopalnie, ale do miasta, w którym ich nie ma, ale mieści się w nim centrala tej firmy. Czyli do Katowic. Tak wygląda ta „koncesja na rozwój” w praktyce.

- Rząd jednak zapewnia, że będzie odchodził od takiego modelu, w którym rozwijają się tylko metropolie, miasta wojewódzkie, wspierając bardziej mniejsze ośrodki.

- Przeczytałem strategię wicepremiera Morawieckiego, gdzie rzeczywiście ten problem został wyeksponowany. Uważam, że postępem jest to, iż ów problem w ogóle został dostrzeżony.

- Rząd zrobił już następny krok, ogłaszając program wsparcia dla miast średnich, szczególnie tych, które „zwijają się”.

- Środki, które tam przewidziano, są w mojej ocenie dalece niewystarczające. Między innymi dlatego, że to środki „miękkie”, które nie będą w tym przypadku efektywne. Jedynym efektywnym środkiem proponowanym w ramach tego programu przez rząd jest to, że niewykorzystane pieniądze z różnych programów będą kierowane do małych i średnich miast. To już jest konkret, przy czym ja oczekiwałbym czegoś innego. Zamiast centralizowania państwa na dużą skalę, co ma obecnie miejsce, potrzebna jest dalsza decentralizacja, polegająca na tym, żeby rządowe instytucje i inwestycje, centrale państwowych firm, lokować nie wyłącznie w centralach, czyli w Warszawie czy w stolicach regionów, ale właśnie w tych mniejszych miastach, na których rozwoju zależy rządowi. To zwiększyłoby ich dochody i atrakcyjność. To byłaby prosta i skuteczna operacja. Wymaga tylko zmiany sposobu myślenia u rządzących.

- Taki postulat zgłosił już poseł Piotr Marzec, bardziej znany jako „Liroy”.

- Bardzo mnie cieszy, że takie pomysły zaczynają się pojawiać. Jest to oczywiste rozwiązanie, dla którego nie ma mocnych kontrargumentów. To może być bolesne i trudne tylko dla decydentów,  wywoływać  opór instytucji, których takie zmiany dotyczyły. Jednak nie byłoby przecież żadnych  przeszkód, żeby nowo tworzone państwowe instytucje lokować poza miastami wojewódzkimi.  Tak samo jest w przypadku rządowych inwestycji. Takie rozwiązanie niosłoby ze sobą jeszcze jedną korzyść: mogłoby zmniejszyć koszty funkcjonowania
administracji rządowej.

Bo poza Warszawą i miastami wojewódzkimi koszty życia i wynagrodzenia są niższe. Nie wspominając już o tym, że np.  w Warszawie rynek pracy jest bardzo wydrenowany, a w mniejszych miastach ludzie wykształceni,  z odpowiednim potencjałem intelektualnym, często są bez pracy. Jeśli nie zaczniemy wprowadzać tak rozumianej decentralizacji, to już niedługo będziemy mieć problem z wyludnianiem się miast małych i średnich. Na pewno nie jest to w interesie Polski, której silną stroną jest wciąż w miarę równomierna urbanizacja kraju. Niestety, zaczynamy już ten atut tracić.

- Przykładem tak pojmowanej decentralizacji są Niemcy, ze swą federalną strukturą, regionami, mającymi bardzo obszerne kompetencje.

- Niemcy to rzeczywiście dobry przykład. Tam ministerstwa federalne rozlokowane są w miastach średniej wielkości. Niemieckie Ministerstwo Ochrony Środowiska ma swoją siedzibę w mieście,
liczącym około 100 tys. mieszkańców. Tak jest tam od dawna, a widać po efektach, nie tylko gospodarczych, jak to naszemu zachodniemu sąsiadowi służy.

- Czynnikiem obniżającym jakość życia, a zarazem barierą rozwojową polskich miast, również tych średnich, stają się coraz większe problemy z brakiem wystarczającej liczby miejsc do
parkowania.

- To jest problem także miejscowości turystycznych, w bardzo dużej mierze ze względu na obecne, ustawowe przepisy, według których w strefach płatnego parkowania nie można pobierać opłat w weekendy. To uderza nawet w niejedną gminę wiejską. Oto przykład: jeżeli w jakiejś wsi jest popularne sanktuarium, to w weekendy jest ona rozjeżdżana samochodami, za których parkowanie samorząd nie może pobierać żadnych opłat. Niszczone są skwery, trawniki prywatne, publiczne, ale nikt nie dyskutuje, żeby w takich wsiach pozwolić na strefę płatnego parkowania. A to jest jedyne rozwiązanie. Co w tym przypadku, według mnie, powinno być celem? Wcale nie fiskalizm, o który w tej kwestii oskarża się samorządy. Celem powinno być wymuszenie rotacji na miejscach parkingowych. Samorządy nie mają do tego narzędzi, bo górna stawka opłat w strefach płatnego parkowania jest ustalona ustawowo i w wielu przypadkach jest ona za niska, by zniechęcić do zostawiania samochodów na dłużej. Tak jest np. w Poznaniu i Warszawie.

- Ministerstwo Rozwoju szykuje przepisy, które to zmienią, umożliwią samorządom wprowadzenie opłat nawet 3-krotnie wyższych niż obecnie. Ale tylko w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców.

- Teraz zostaliśmy poinformowani, że wielkość miasta, które będzie do tego uprawnione, została obniżona do 100 tys. To jednak wciąż nie załatwia problemu miejscowości turystycznych i pielgrzymkowych, całego pasa wybrzeża, gdzie w wakacje nawet w małej miejscowości w weekendy jest gigantyczny problem ze znalezieniem miejsca do zaparkowania.

- Bo nie można tam wprowadzić stref płatnego parkowania, obowiązujących w weekendy.

- No właśnie. Te przepisy są absurdalne. Zupełnie nie przystają do życia i moim zdaniem rozwiązanie problemu leży na stole, jest proste, trzeba tylko zacząć rozmawiać z samorządami i dać im więcej w tej sprawie decyzyjności. To kolejna dziedzina, w której potrzebna jest decentralizacja, zostawienie swobody samorządom. Po to, by mogły wprowadzać własne rozwiązania, dopasowane do ich lokalnych uwarunkowań. W miejscowościach turystycznych czy pielgrzymkowych mogłoby to być pobieranie opłat za parkowanie tylko w weekendy. Dlaczego im na to nie pozwolić?

Rozmawiał: Jacek Krzemiński

W najbliższych dniach opublikujemy drugą część rozmowy z Zygmuntem Frankiewiczem, poświęconą Metropolii Śląskiej i wyludnianiu się polskich miast.
TAGI: MIASTO , PRAWO
 
KOMENTARZE: 4 PRZEJDŹ NA FORUM

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ

 
2017-07-10 15:41:52
Wiola: Skoro tak bardzo boją się samorządy RIO to znaczy, że coś nie tak w tych samorządach. Jestem kontrolą w myśl zasady "Pańskie oko konia tuczy"
 
2017-07-10 15:41:05
Samorządowiec: @Ssssamorządowiec Aby zaradzić praktyce, o której mówisz wystarczy prosta zmiana prawa, którą z resztą kilka miesięcy temu zaproponował sam Związek Miast Polskich. Kontrola gospodarności to nie to samo co nadzór z uwzględnieniem takiego kryterium. W trybie nadzoru można uchylać uchwały. To jest sprzeczne z samorządnością.

@suweren W zasadzie Twój nik mówi wszystko. Argument "niewinni nie mają się czego obawiać" jest zawsze wykorzystywany przez zamordystów.
 
2017-07-08 17:13:38
Sssssamorzadowiec: Tytuły dłużne idą wyłącznie na inwestycje w czystej teorii. Samorządy na potęgę zaciągania kredyty w grudniu, które w następnym roku budżetowym staja się wolnymi środkami, a co za tym idzie można je wykorzystać na finansowanie wydatków bieżących. Więc badanie gospodarnosci w zakresie tytułów dłużnych jest jak najbardziej zmiana pozytywną.
 
2017-07-07 17:02:03
suweren: bardzo dobrze, że RIO będzie badać tez rzetelność i gospodarność, to tam, gdzie szasta się publicznymi pieniędzmi musi być jakiś nadzór, a tam gdzie jest ok, to nie powinni się tej zmiany bać, bo dostaną darmowy audyt potwierdzający prawidłowość działania
newsletter

TAGI

PARTNERZY 


  Związek Gmin Wiejskich     Związek Powiatów Polskich

KONTAKT
Polska Agencja Prasowa SA
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (+48 22) 509 22 22
Faks: (+48 22) 509 22 34
REDAKCJA SERWISU SAMORZĄDOWEGO PAP
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (22) 509 23 67
Faks: (22) 509 23 72, (22) 509 22 20
e-mail: samorzad@pap.pl
e-mail klubowy: klub@pap.pl
DZIAŁ SPRZEDAŻY I OBSŁUGI KLIENTA
Tel.: (22) 509 22 25
Faks: (22) 509 22 72
pap@pap.pl
PAP Copyright © PAP SA 2013 .
Redakcja  |  O portalu  |  Licencje  |  Polityka Prywatności  |  v 1.4.25