facebook RSS # #

18.08.2019 23:50

Polska Agencja Prasowa Serwis Samorządowy
 
2019-05-21 23:13       aktualizacja: 2019-05-22 15:31       Wiadomości PAP
  A A A

Zrównać szanse. Wywiad z Romanem Szełemejem, prezydentem Wałbrzycha

Zrównać szanse. Wywiad z Romanem Szełemejem, prezydentem Wałbrzycha
Fot. UM Wałbrzych / A.Grudzień
- Barierą rozwojową średnich i małych miast w Polsce jest dziś ich kondycja finansowa. Wiele z nich osiągnęło maksymalny przewidziany przepisami pułap zadłużenia i z tego powodu wstrzymuje inwestycje, co skutkuje z kolei ich stagnacją. Rząd musi na tę sytuację odpowiedzieć, bo to jest problem systemowy – mówi w wywiadzie dla Samorzad.pap.pl Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha.

Samorzad.pap.pl: - Panie Prezydencie, zacznijmy od szpitali. Jest Pan lekarzem, był Pan przez wiele lat dyrektorem szpitala, ma pan ogromną wiedzę na temat szpitalnictwa. Dwa lata temu rząd zmienił zasady finansowania szpitali, mamy sieć, a zamiast kontraktów ryczałty. Miało być lepiej, a wygląda na to, że wracamy do spirali zadłużenia. Samorządy powiatowe alarmują, że ich szpitale są w złej sytuacji finansowej. Ich wyniki pogarszają się, a zadłużenie znów narasta. Dlaczego tak jest?

Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha: - Moja odpowiedź na te pytania będzie nieoczywista. Mógłbym się wpisać w chór krytyków służby zdrowia w Polsce i powiedzieć, że jeszcze tak źle nie było. Otóż ja do tego chóru nigdy się nie przyłączałem i nie przyłączam. Mam za sobą prawie 40 lat pracy, wliczając okres studiów, w tym samym szpitalu w Wałbrzychu. I mogę powiedzieć, że nie jest prawdą, iż z polskimi szpitalami jest coraz gorzej. Uważam, że one w ostatnich 10 latach poczyniły ogromny postęp, zbliżając nas w wielu dziedzinach do przyzwoitego średniego poziomu europejskiego. Powtarzam: średniego. Mimo, że pod względem siły ekonomicznej nasz kraj jeszcze tej średniej europejskiej nie osiągnął. Są dziedziny, w których poziom opieki zdrowotnej jest w naszym kraju powyżej średniej europejskiej, jeśli chodzi o jej dostępność, poziom usług, jakość itd. To są takie dziedziny, jak kardiologia, neonatologia, i wielu przypadkach pediatria.

Z drugiej strony na ocenę służby zdrowia bardzo wpływa to, jak ona w swej niewielkiej części funkcjonuje. I tak o jakości służby zdrowia w Polsce zwykło się mówić w kontekście kolejek. Tymczasem kolejki do lekarzy-specjalistów są nie tylko w Polsce, a w Wielkiej Brytanii, kraju dużo bogatszym od naszego, są dużo dłuższe niż u nas. W wielu krajach, w których system opieki zdrowotnej jest głównie publiczny, kolejki są porównywalne do naszych. Inaczej mówiąc, to nie jest tak, że kolejki, niedostępność do niektórych usług medycznych, jest tylko polską przypadłością. Ogólnie można powiedzieć, że mamy do czynienia na świecie z pewnym kryzysem służby zdrowia, który wynika z pogłębiającego się niespełnienia coraz większych oczekiwań ludzi co do jakości i długości życia, skuteczności leczenia, względem tego, co przy tym poziomie zabezpieczenia finansowo-organizacyjnego jesteśmy w stanie im zapewnić. Te dwie krzywe zaczynają się, i to nie tylko w Polsce, rozjeżdżać.

Emanacją tego kryzysu jest kryzys kadrowy w medycynie, który nie dotyczy jedynie naszego kraju. W Polsce obserwujemy obecnie w służbie zdrowia dwa dramatyczne zjawiska, które rzeczywiście są oznaką systemowego kryzysu.
Pierwsze to niedobór kadr, który jest trudny od odwrócenia. Mówimy o niedoborze kadr medycznych, przede wszystkim lekarskich, ale i pielęgniarskich. Natomiast drugie to powrót zjawiska zadłużania się publicznych placówek, ale i komercyjne mają duże problemy. Jeden kryzys ma związek z drugim.

- Bo lekarzom trzeba dziś zapewnić wyższe wynagrodzenia.

- Tak, ale to nie tylko u nas występuje. Lekarzy brakuje nie tylko w Polsce. W Polsce mamy nieco ponad dwóch lekarzy na 1000 mieszkańców, a Niemcy - wyraźnie powyżej czterech i oni też mówią, że mają niedobór lekarzy, mając niewyobrażalnie większe możliwości finansowe.
Nie zazdroszczę menedżerom, zarządzającym systemem służby zdrowia w Polsce, bo ten kryzys kadrowy ma głębokie i nie tylko finansowe podstawy.

- A te decyzje o zwiększaniu liczby studentów kierunków lekarskich, przywracanie szkół pielęgniarskich. To nic nie da?
- Dobrze, że te zmiany są dokonywane, ale są dokonywane za późno. Trzymamy kciuki, żeby przyniosły efekt za 4-5 lat.

- Pieniędzy w systemie jest wystarczająco dużo, da się to spiąć?

- Nie da się, pieniędzy jest zbyt mało. Z drugiej jednak strony system opieki zdrowotnej prawie wszędzie w Europie jest deficytowy. Wszędzie tych środków jest mniej niż potrzeba, więc to także nie jest polska specjalność. To skutek zjawiska, o którym mówiłem wcześniej: nasze oczekiwania zdrowotne rosną szybciej niż nakłady na służbę zdrowia. Te nakłady trzeba zwiększyć. To nie jest tylko kwestia wzrostu wynagrodzeń lekarzy czy pielęgniarek, ale też wzrostu innych kosztów funkcjonowania szpitali, np. mediów, środków transportu, podniesionej płacy minimalnej, wyższych cen wyposażenia, środków czystości, leków, konieczności dostosowania szpitali do nowych standardów sanitarnych i technicznych. Jednocześnie wyceny szpitalnych procedur medycznych w NFZ są takie same jak pięć lat temu, a były nawet ich korekty w dół. Jak szpital w takiej sytuacji ma się nie zadłużać?

- W tym roku ruszyła budowa zachodniej obwodnicy Wałbrzycha. To bardzo ważna do Państwa miasta inwestycja, na którą otrzymali Państwo rekordowe dofinansowanie unijne: prawie 300 mln zł, z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.

- Zdobyliśmy bardzo wysoką ocenę w konkursie ocenę, która wynikała z tego, że ten projekt był przez nas bardzo dobrze przygotowany. Jednak zaangażowanie finansowe miasta w tę inwestycję też jest duże, sam nasz wkład własny to kilkadziesiąt milionów złotych, nie licząc kosztów związanych z przygotowaniem tej inwestycji, np. przenosin mieszkańców kolidujących z nią budynków.

Jeśli chodzi o funkcjonowanie miasta, to ta obwodnica zmieni niemal wszystko. Wałbrzych jest obecnie podzielony w jakimś sensie na pół. Jedna część, północna, obejmuje przede wszystkim dwa wielkie osiedla mieszkaniowe, budowane od lat 60., gdzie mieszka około 65 proc. mieszkańców naszego miasta. Jest tam też nowoczesna strefa aktywności gospodarczej, czyli Wałbrzyska Specjalna Strefa Ekonomiczna. Starszą częścią miasta, ośrodkiem administracyjnym i dydaktycznym, jest część południowa, ze starówką i dawnymi kopalniami. Tu są szkoły, ratusz, siedziba starostwa, instytucje kultury, naukowe, wyższe uczelnie. Funkcjonowanie południowej części miasta jest uzależnione w dużym stopniu miasta od jej dostępności komunikacyjnej dla mieszkańców północnej części Wałbrzycha. Dotąd miasto wisiało na jednej drodze krajowej nr 35, która jest za wąska, już niewydolna, korkuje się, a w naszych, górzystych warunkach nie da się jej rozbudować wszerz. Tymczasem liczba samochodów rośnie. Tą drogą przejeżdża dziennie 33-35 tys. aut, najwięcej na Dolnym Śląsku po autostradzie A4. Tak dłużej miasto nie mogło funkcjonować.

Zachodnia obwodnica zmieni wszystko, bo po pierwsze połączy dwie części miasta, dzięki niej z południowej do północnej części miasta będzie można dojechać w 5 minut, a nie tak, jak dziś, w godzinach szczytu czasami nawet 35-40 minut. Poza tym przybliży do Wałbrzycha tereny położone na południe od niego, ale także zbliży do systemu dróg ekspresowych i autostrad. Dlatego, że nasza obwodnica będzie mieć łącznik do drogi ekspresowej S3.

- O to właśnie chciałem zapytać, bo wydaje się Wałbrzychowi oprócz zachodniej obwodnicy brakuje do szczęścia jeszcze połączenia „ze światem” - z Wrocławiem, regionem, innymi częściami Polski, Europą - ekspresową dwupasmówką.

- Po wybudowaniu obwodnicy do połączenia Wałbrzycha z S3 będzie brakować tylko 8,5-kilometrowego łącznika, który ma powstać w najbliższych 3-4 latach. Około 5 lat będzie trwać budowa S3 z Bolkowa do granicy państwa w Lubawce. I po tym okresie nastąpi pełne otwarcie tej części Dolnego Śląska na przestrzeń gospodarczo-społeczną Polski i Europy.

- Wtedy też będzie można lepiej wykorzystać ogromny potencjał turystyczny, jaki ma aglomeracja wałbrzyska. Bo bardzo skróci się dojazd do Wałbrzycha i okolic z innych części Polski.

- Aglomeracja wałbrzyska to 22 gminy, które do niej przystąpiły, obszar funkcjonalny Wałbrzycha, gminy, które są z nim powiązane gospodarczo, społecznie, terytorialnie i historycznie. Zawiązaliśmy to porozumienie 7 lat temu, przez dwa lata ono krzepło i od mniej więcej 5 lat w tym samym składzie 22 gmin współpracujemy razem w pozyskiwaniu środków unijnych, wypracowujemy wspólne kierunki rozwoju, uzgadniamy je, występujemy razem w różnych sprawach, walczymy o nasze wspólne sprawy, integrujemy się. Szukamy tego, co wspólnie możemy zrobić, niekoniecznie tylko z pieniędzy unijnych. Omijamy rafy, które w rozwoju samorządu zawsze się pojawiają i to jest wyraz chęci wzięcia sprawy w swoje ręce. Ale prawdą jest też to, że 7-8 lat połączyło nas poczucie rosnącego dystansu do północy województwa, głównie do Wrocławia i do zagłębia miedziowego.

To, że mieliśmy rację, pokazuje fakt utworzenia półtora roku temu porozumienia, który nazywa się Sudety 2030. To znaczy z inicjatywy okolicznych samorządowców, nie mojej, jako lidera aglomeracji, zawiązaliśmy porozumienie, łączące 107 gmin, dwóch subregionów, czyli terenów byłych województw wałbrzyskiego i jeleniogórskiego. Czyli cały pas południowy, przebiegający z grubsza trochę poniżej autostrady A4. To pas atrakcyjny, ale, niestety, wyraźnie biedniejszy niż północ regionu. Mimo wielkich sukcesów w zmianie tego stanu rzeczy wciąż nie rozwija się w takim tempie, jakiego byśmy oczekiwali. Wrocław ze swą aglomeracją pędzi w niewiarygodnym tempie, Legnicko-Głogowski Okręg Miedziowy też pędzi od nas dużo szybciej, dzięki kopalniom i hutom miedzi.

Tymczasem my na południu musieliśmy zmierzyć się w latach 90. z kompletną zmianą profilu przemysłowego. Do tego czasu dominowało u nas górnictwo i towarzyszące mu zakłady, które były wówczas siłą napędową połowy gospodarki Dolnego Śląska. To było np. przetwórstwo węgla, ale i liczne zakłady przemysłowe z wielu innych branż, które były tu lokowane ze względów na dostępność taniej energii węglowej, jakiej nagle zabrakło. Bo te kopalnie zostały zamknięte.

Zmierzyliśmy się na południu Dolnego Śląska z całkowitą transformacją gospodarki i z jej ogromnymi skutkami społecznymi. Równocześnie ze względu na zapaść gospodarczą kraju w latach 90., zwijający się przemysł nie tylko u nas, także turystykę i usługi sanatoryjne na naszym terenie dotknął kryzys. Do tego doszła słaba dostępność komunikacyjna tej części regionu. To dlatego lata 90. i początek lat dwutysięcznych mimo heroicznych prób i mądrych decyzji, np. decyzji tworzenia strefy ekonomicznej, były dla południa Dolnego Śląska wielką tragedią gospodarczo-społeczną. Najgorsze jest to, że pewnych procesów nie da się już odwrócić, przede wszystkim migracyjnych, depopulacyjnych. Analiza demograficzna pokazuje, że wielu ludzi stąd po prostu wyjechało. Do Wrocławia, do Lubina, i do bliskiego eldorado w Niemczech i Austrii oraz do Wielkiej Brytanii.

- Problemem tej części Dolnego Śląska jest także to, że niedaleko są atrakcyjniejsze rynki pracy, z wyższymi wynagrodzeniami, sąsiadujących z granicą Polski niemieckich landów i regionów czeskich.

- Czesi to zjawisko ostatnich 4-5 lat, choć już wcześniej mieszkańcy Wałbrzycha jeździli tam do pracy. Konkurencję o pracowników przegrywamy z nimi wysokością zarobków i również warunkami socjalnymi. Czechy weszły w okres transformacji z PKB o 30 proc. wyższym od Polski. I tego dystansu wciąż nie nadgoniliśmy.

- Brakuje już pracowników w Wałbrzychu?

- Oczywiście, od mniej więcej dwóch lat.

- Co Państwo jako samorząd mogą z tym zrobić? Wałbrzych dźwignął się, rozwija się, ze swą ładną starówką, piękną, górzystą okolicą, z licznymi, nowoczesnymi zakładami pracy, jest znów przecież atrakcyjnym miejscem do życia, także dla ludzi młodych, nie mówiąc o rodzinach z dziećmi.

- Do odwrócenia procesów depopulacyjnych jest potrzebnych kilka rzeczy, które właściwie poniekąd już tu są, ale potrzeba czasu, by to wszystko razem ze sobą zagrało.

- Mówię o tym, bo co z tego, że we Wrocławiu czy innym wielkim polskim mieście więcej się zarabia, skoro różnicę w zarobkach niwelują wyższe koszty życia oraz dużo wyższe ceny kupna i wynajmu mieszkań i domów. Do tego dochodzą tamtejsze korki, hałas, brudne powietrze i gorsze warunki do wypoczynku i rekreacji.

- Te informacje muszą jednak najpierw przebić się do społecznej świadomości. To zjawisko pewnego wyeksploatowania dużych miast w rozumieniu jakości i komfortu życia to jest kwestia dopiero ostatnich kilku lat. One tak szybko się zmieniają, że o tym, iż przestają one być atrakcyjne jako miejsce do życia, mówimy dopiero od kilku lat. Wcześniej mieliśmy do czynienia z owczym pędem, do Warszawy, do Krakowa, do Wrocławia, Poznania, Trójmiasta.

- Ludzie z mniejszych miejscowości, którzy wyjeżdżali do tych największych miast na studia, w większości już tam zostawali. I częściej zostawali ci najzdolniejsi, najlepiej uczący się, jak wskazują badania prof. Romualda Jończego, który nazywa to zjawisko drenażem pomaturalnym. Ono było i jest dużo dotkliwsze niż kiedyś, bo od kilkunastu lat w Polsce studiuje kilkakrotnie więcej ludzi niż to miało miejsce w latach 90. i wcześniej.

- Dziś te procesy już, na szczęście, wyhamowują, ale żeby jeszcze bardziej wyhamowały, potrzebne jest inne traktowanie przez państwo małych i średnich miast. Rządowa Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju zgrabnie i obszernie ujmuje istotę tego problemu. Jest pytanie, czy zaproponowane w niej i zastosowane narzędzia są wdrożone właściwie i skutecznie. Ten dokument jest krytykowany z wielu powodów, ale ja oceniam go jako pierwszy, który powiedział pewne rzeczy wprost: Polska nie rozwija się w sposób równomierny.

- A z drugiej strony do największych miast w Polsce płynęły w ostatnich latach ogromne środki unijne, choć te miasta poradziłyby sobie, szybko rozwijały się, i bez nich, nie potrzebowały tego wsparcia.

- To już, na szczęście, się zmienia. Nasz region, Dolny Śląsk, podzielił się na dwa obszary: na obszar północny wysokiej prędkości rozwoju i na wolniej rozwijający się, biedniejszy obszar południa. Pieniądze zewnętrzne, także unijne, były dotychczas dzielone według algorytmu ludnościowego, tylko z minimalną korektą. Co oczywiście przyspieszało rozwój północy województwa i przyspieszało, ale nie w takim stopniu, by zniwelować różnicę między nimi, rozwój południa.

- Czyli mniej więcej po równo wszyscy dostawali.

- Tak, a w ślad za tym dystans między południem regionu a północą, zamiast się zmniejszać, powiększał się. Dlatego w ramach naszego porozumienia Sudety 2030 mówimy, że trzeba zacząć inaczej traktować południe naszego regionu. Apelujemy do ministra Kwiecińskiego o to, żeby przy tworzeniu Krajowej Strategii Rozwoju Regionalnego zacząć inaczej traktować małe i średnie miasta, przenieść do nich programy rozwojowe z miast dużych. Bo nie uzyskamy efektu zrównoważonego rozwoju, kontynuując obecny model.

- Co Pan sądzi w tym kontekście o koncepcji deglomeracji, czyli m.in. przenoszenia siedzib instytucji centralnych, administracyjnych, naukowych, sądowniczych itd. z wielkich miast do mniejszych ośrodków.

- Ta koncepcja jest mi bardzo bliska. Ja mówię o tym od 10 lat. To nie jest sentymentalny powrót do dawnych województw. Chodzi o coś innego. Wytłumaczę to na przykładzie. Mamy w Wałbrzychu kilku reprezentacyjnych budynków, które nie nadają się do adaptacji na mieszkania czy nowoczesne biura, ale świetnie nadają się do tego, by ulokować w nich jakąś instytucję publiczną, np. sąd. I dlatego chodzi mi po głowie, żeby przenieść do któregoś z nich z Wrocławia wojewódzki sąd administracyjny. Jego rozprawy są najczęściej in absentio, czyli bez obecności stron, pomijając technologie pozwalające uczestniczenie w rozprawach na odległość. Taki sąd to grupa kilkudziesięciu wybitnych sędziów plus aparat administracyjny, co oczywiście działałoby miastotwórczo. Dzięki temu adepci studiów prawniczych albo mogliby tu zostać albo do Wałbrzycha się przenieść, a miasto zachęcałoby ich do tego, np. oferując im mieszkania.

Metody czy narzędzia, które trzeba zastosować, są dość dobrze opisane. Potrzeba tylko ze strony decyzyjnego centrum państwa pójścia w tym kierunku i wdrożenia tych rozwiązań.

Wielkie polskie miasta osiągnęły dziś taki poziom i tempo rozwoju, mają tak duże siły witalne, że nawet ich gospodarze często mówią, iż te ośrodki, jeśli chodzi o proste rezerwy, doszły do sufitu. Co przejawia się w zjawisku przenoszenia się z centrów dużych miast na ich peryferie biur, które jeszcze 10 lat temu wprowadzały się do śródmieść. Dlatego, że ceny ich budowy, wynajmu czy korki są tam takie, że te centra przestają być konkurencyjne.

Na tym tle Wałbrzych uczestniczy w programie „Fabryka” organizowanym przez ARP. Mamy już listy intencyjne kilku poważnych firm, które są gotowe na zlokalizowanie w Wałbrzychu swoich biur, centrów usług biznesowych.
Jednak przede wszystkim małe i średnie miasta nie mają wystarczających sił finansowych, żeby dokonać takiego skoku rozwojowego, jak miał miejsce w wielkich miastach czy tak bogatych ośrodkach, jak miasta zagłębia miedziowego. Przez ostatnie lata, chcąc nadrobić do nich dystans, pozyskiwały ogromne środki unijne i realizowały dużo inwestycji. I dziś z tego powodu brakuje im pieniędzy na kolejne inwestycje, na wkład własny do projektów dofinansowywanych z środków zewnętrznych. Do tego ubytek mieszkańców, który dotknął małe i średnie miasta, spowodował w nich wzrost jednostkowych kosztów usług komunalnych.

- Jak dużo już ubyło im mieszkańców?

- W Wałbrzychu w końcu lat 80. mieszkało 133-134 tysiące osób, dziś to 116 tysięcy, ale są miasta, w których te ubytki były większe. Teraz to już, na szczęście, przyhamowało, przynajmniej w naszym mieście.

- Panie Prezydencie, w ostatnich wyborach samorządowych osiągnął Pan w pierwszej turze najlepszy wśród wszystkich kandydatów na prezydentów polskich miast: ponad 85 proc. W 2014 r. też miał Pan świetny wynik: 82 proc. Jak rządzić miastem, żeby cieszyć się takim poparciem mieszkańców?

- To, że 85 proc. mieszkańców uważa, iż powinienem kontynuować moją pracę, daje prawdziwą satysfakcję. Ale poza tym takie sportowe porównania nie mają większego znaczenia. Znam wielu prezydentów, którzy mają wynik wyborczy istotnie niższy, a są świetnymi gospodarzami. Dlatego w kategoriach konkurencji sportowej bym tego nie ujmował. Natomiast faktem jest to, że w Wałbrzychu udało nam się, czyli mieszkańcom i wybranemu przez nich gospodarzowi, stworzyć taką pewną wspólnotę idei, którą najogólniej mówiąc można nazwać tak: pracujemy razem, zabraliśmy się do roboty, żeby przywrócić miastu i temu regionowi należne właściwe miejsce, pozycję, jakość życia…

- Pewnie też i prestiż, bo żeby ludzi zatrzymać w jakimś mieście, to muszą z nim się utożsamiać, być z niego dumni. Wtedy łatwiej w nim zostać.

- Lata powojenne to był okres nieustającego wzrostu znaczenia Wałbrzycha. Przemysł węglowy, szczególnie ten związany z węglem koksującym, był przemysłem, który eksportował, zapewniając państwu twardą walutę. To w latach PRL miało bardzo duże znaczenie i przekładało się na wyższy standard życia mieszkańców naszego miasta, na poziom niezwykle rozbudowanych usług socjalnych. Tu były dzięki temu usługi kultury wyższej: teatry, filharmonia, BWA itd. Niezwykle żywe było też życie sportowe: mieliśmy dwie drużyny w ekstraklasie piłki nożnej, mistrza Polski w koszykówce, siatkarzy Chełmca, zapaśników, tenisistów, lekkoatletów. Mieliśmy mistrzów olimpijskich.

To nie wzięło się znikąd, ale z tego, że był ogromnie bogaty, sypiący groszem, mecenas postaci przemysłu węglowego. Była też bardzo zmotywowana miejscowa ludność, która te tradycje, życia wspólnotowego, przywiozła także z Belgii i z Francji. To wszystko wymieszało się z ogromną rzeszą naszych rodaków ze Wschodu, co dawało niezwykle ciekawą i dynamiczną wspólnotę wałbrzyską, która nagle, na początku lat 90., dostała jak obuchem w głowę i nie mogła się przez kilkanaście lat podnieść. Ja jako rodowity wałbrzyszanin byłem uczestnikiem tej tragedii.

Urodziłem się tutaj, kształciłem, wróciłem po studiach medycznych, pracowałem przy kopalni przez ładnych parę lat, byłem lekarzem pracującym również pod ziemią, ratownikiem górniczym. To wszystko było moim udziałem, jak każdego mieszkańca Wałbrzycha. Ta tragedia, ta katastrofa, również w kategoriach godnościowych.

Nie mam żadnej recepty, jak być dobrym prezydentem miasta. Po prostu pracuję każdego dnia, ile tylko mogę, ile mi starczy sił. Pracuję razem z moimi współpracownikami, z mieszkańcami. Myślę, że mamy wspólny cel, co wynika z tych wyników wyborczych. Ja nie mam żadnego patentu. Wydaje mi się, że wspólnie razem z Wałbrzyszanami chcemy przywrócić również poczucie godności naszemu miastu, ludziom to mieszkającym. Pomijając jeszcze wielkie potrzeby materialne. Myślę, że wiele już udało się nam zrobić. I myślę, że ta ocena wyborcza pokazuje, że chyba idziemy dobrą drogą. Ponieważ to były kolejne wybory, które dały taki mandat. To jest wielkie zobowiązanie. Nasze miasto to jest wciąż ogrom wyzwań.

- Panie Prezydencie, co dalej ze średnimi miastami w Polsce? Wałbrzych się dźwignął, zmienił nie do poznania – na lepsze, w porównaniu do tego stanu, w jakim znalazł się w latach 90., gdy był kojarzony m.in. z biedaszybami. Dziś ma nowoczesne fabryki, w tym takich firm, jak Toyota, wiele nowych miejsc pracy, rozwija się, jest ładnym, zadbanym, czystym i robiącym dobre wrażenie miastem. Ale miasta średniej wielkości, jak Wałbrzych, wciąż rozwijają się wolniej od największych miast w Polsce, wpadają w coś rodzaju pułapki średniego dochodu, która grozi im wyludnianiem. Pytanie, co powinny te miasta zrobić, żeby to zmienić?

- Według mnie średnie miasta są dziś wielką rezerwą rozwojową Polski, bo ich potencjał jest na razie tylko częściowo wykorzystany. Mądra polityka rządu, dowartościowująca czy stwarzająca możliwości tym miastom, spowodowałaby, że Polska zyska impuls rozwojowy, którego w moim przekonaniu same duże miasta już nie zapewnią, one już nie będą tak szybko się rozwijać.

Krótko mówiąc, miasta średnie muszą być postrzegane przez rząd, przez władze centralne jako rezerwa rozwojowa Polski. Powinny być tak traktowane także przez instytucje europejskie, które w procesie rozwojowym Polski odgrywają i będą odgrywać ważną rolę. W naszym kraju w miastach średniej wielkości jest jeszcze wiele prostych rezerw rozwojowych.

- W Wałbrzychu też?

- Myślę, że tak. To np. cała sfera inwestycji komunalnych, budownictwo mieszkaniowe. Np. moim zdaniem Mieszkanie Plus jest bardzo dobrym, choć tak powszechnie krytykowanym programem. Jest dobrym programem, bo może być takim impulsem rozwojowym miast średnich. Dlatego zdecydowaliśmy się przystąpić do tego programu.

- Będą kolejne inwestycje w Wałbrzychu w ramach Mieszkania Plus?

- Bardzo tego chciałbym. Mieszkań potrzebujemy w Wałbrzychu dużo. Jednak żeby je wybudować to nawet w przypadku programu Mieszkanie Plus musimy mieć niewielki wkład własny.

Wracam więc do tego, że barierą rozwojową średnich i małych miast w Polsce jest ich kondycja finansowa. Wiele z nich osiągnęło maksymalny przewidziany przepisami pułap zadłużenia i z tego powodu wstrzymuje inwestycje, co skutkuje z kolei ich stagnacją. Rząd musi na tę sytuację odpowiedzieć, bo to jest problem systemowy. Musi tym miastom w tym pomóc, jeśli rzeczywiście, tak, jak deklaruje, chce równomiernego rozwoju kraju.

Rozmawiał Jacek Krzemiński
TAGI:
 
KOMENTARZE: 0 PRZEJDŹ NA FORUM

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ

 
newsletter

TAGI

PARTNERZY 


  Związek Gmin Wiejskich  

KONTAKT
Polska Agencja Prasowa SA
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (+48 22) 509 22 22
Faks: (+48 22) 509 22 34
REDAKCJA SERWISU SAMORZĄDOWEGO PAP
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (22) 509 29 25
Faks: (22) 509 23 72, (22) 509 22 20
e-mail: samorzad@pap.pl
e-mail klubowy: klub@pap.pl
DZIAŁ SPRZEDAŻY I OBSŁUGI KLIENTA
Rafał Szafrański
Tel.: (22) 509 27 03
Kom.: 722 202 428
r.szafranski@pap.pl
PAP Copyright © PAP SA 2013 .
Redakcja  |  O portalu  |  Licencje  |  Polityka Prywatności  |  v 1.4.25