facebook RSS # #

20.10.2018 09:23

Polska Agencja Prasowa Serwis Samorządowy
 
2018-09-28 23:07       aktualizacja: 2018-10-01 15:56       WYBORY SAMORZĄDOWE 2018
  A A A

Będzie zamieszanie?. Wywiad z Andrzejem Maciejewskim, szefem sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego

Będzie zamieszanie?. Wywiad z Andrzejem Maciejewskim, szefem sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego
Fot. PAP/L.Szymański
- Czeka nas duża niespodzianka, jeśli chodzi o wynik wyborów samorządowych, będą duże zmiany – przewiduje w wywiadzie dla Samorzad.pap.pl Andrzej Maciejewski (Kukiz’15), szef sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego. – Samorząd po tych wyborach będzie inny i ja wierzę, że będzie to kierunek uwolnienia go od presji partyjnej.

Poseł Kukiz’15 spodziewa się też sporych problemów z organizacją wyborów, a nawet tego, że w części gmin mogą być one nierozstrzygnięte.

W rozmowie z Serwisem Samorządowym PAP Andrzej Maciejewski ocenia m.in., jak wprowadzone w ostatnich miesiącach zmiany w Kodeksie wyborczym i ordynacji wyborczej wpłyną na organizację, przebieg i wynik wyborów. Przewodniczący sejmowej komisji samorządu terytorialnego przestrzega, że w części gmin wybory, a właściwie ich wyniki, mogą być skutecznie zakwestionowane – np. przez brak pełnego składu komisji wyborczych.

Polityk Kukiz’15 odnosi się też do zarzutu sfałszowania wyborów w 2014 r. Jego zdaniem wynik tych wyborów bardzo zniekształciła duża liczba pustych kart do głosowania w sejmikach, to, że - jak twierdzi - dla wielu wyborców samorządy wojewódzkie są wciąż czymś abstrakcyjnym, mało znanym.

Zapowiada batalię jego ugrupowania o przywrócenie jednomandatowych okręgów wyborczych w gminach powyżej 20 tys. mieszkańców i rozszerzenie JOW-ów na wszystkie szczeble samorządu. Postuluje również stworzenie "rejestru zasobów kadr administracyjnych", który miałby służyć m.in. temu, by ludzie z doświadczeniem w administracji publicznej "nie marnowali się", by lepiej niż dziś wykorzystywać zasób takich osób.

W opinii Andrzeja Maciejewskiego najważniejszą zmianą legislacyjną dotyczącą samorządów w bieżącej kadencji parlamentu była ustawa o metropolii. „My może jeszcze sobie tego w pełni nie uświadamiamy, ale to naprawdę nowy etap w historii polskiego samorządu” – mówi poseł, zapowiadając upowszechnienie się w Polsce rozwiązań aglomeracyjnych. „Rzecz bowiem nie w tym, żeby miasta zabierały okalającym je gminom tereny, ale żeby te gminy zaprosić do współpracy jako partnerów” – tłumaczy w rozmowie Samorzad.pap.pl.

Z drugiej strony poseł Kukiz’15 popiera ideę deglomeracji, czyli terytorialnego równoważenia rozwoju kraju (tak, by w Polsce nie rozwijały się głównie największe miasta). W Niemczech, w których tę ideę potraktowano najbardziej serio, wciela się ją w życie, przenosząc siedziby administracji centralnej i dużych państwowych spółek do mniejszych miast (nawet tych niewojewódzkich), poza stolicę. Szef sejmowej komisji samorządowej uważa jednak, że polska klasa polityczna do takich rozwiązań jeszcze nie dojrzała.

Wywiad z Andrzejem Maciejewskim, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej:

PAP: - Jak wprowadzone przez PiS zmiany w Kodeksie wyborczym i ordynacji wyborczej wpłyną na organizację, przebieg i wynik wyborów?

Andrzej Maciejewski:
- Odpowiem na to pytanie, opowiadając o tym, co wydarzyło się kilka dni temu, gdy upływał termin zgłaszania kandydatów na radnych. Odwiedziłem wtedy delegaturę Krajowego Biura Wyborczego. Sędziowie z niej zapytali mnie: „Panie pośle, czy nie dałoby się jeszcze raz szybko znowelizować tego prawa wyborczego?” Bo wciąż jest w nim mnóstwo luk i wad, budzi ono wiele wątpliwości. To mówią praktycy. Ten kodeks mówi np., że wyborcza komisja terytorialna musi podjąć decyzję w pełnym składzie. A w wielu komisjach nie ma pełnego składu. Są rotacje, część ludzi rezygnuje.

I pytanie, co w sytuacji, gdy komisja będzie w niepełnym składzie? Przecież wtedy każdy, kto przegra wybory, będzie mógł się odwoływać i zaskarżyć wybory, powołując się na to, że komisja nie pracowała w pełnym składzie. Jest więc ryzyko, że te wybory w niektórych miejscach będą nierozstrzygnięte. Już są przymiarki do komisji obwodowych i okazuje się, że w wielu mniejszych miejscowościach brakuje chętnych do komisji liczącej głosy, samorządowcy nie chcą mieć z nimi nic wspólnego, obawiając się oskarżeń o fałszowanie wyborów. Co będzie więc, gdy po zakończeniu głosowania nie będzie komu ich przekazać?

Dwukrotne nabory do komisji terytorialnej były potrzebne nawet w Olsztynie i w wielu innych miastach, i do dziś są tam braki. Było cięcie liczby urzędników wyborczych. To zaś oznacza, że te wszystkie założenia, cyfry, były mało przemyślane.

- Z czego to wynika? Za dużo było tych zmian naraz, za szybko były wprowadzane?

- Jakość tego prawa nie jest taka, jak być powinna. Ta ustawa jest po prostu niechlujna, bałaganiarska. Bardzo krytycznie oceniają ją praktycy. Mówią, że nie da się na niej normalnie pracować. Innymi słowy kodeks wyborczy jest do napisania na nowo. Do wyborów do Parlamentu Europejskiego już z tym pewnie nie zdążymy, ale do wyborów do polskiego parlamentu trzeba z tym zdążyć.

Dam jeszcze jeden przykład wadliwości obecnego kodeksu. Na druku zgłoszenia na radnych trzeba wpisać miejsce zamieszkania. Jednak komisje uznały, że to miejsce, w którym dany kandydat ma prawo głosować. Tylko, że gdy sięgnęliśmy do kodeksy wyborczego, to napisane w nim jest: miejsce zamieszkania, koniec, kropka. Zabrakło doprecyzowania i stąd teraz różne interpretacje, rozbieżności. Stąd też m.in. dyskusja o „iksach”, o dopiskach na karcie wyborczej i o tym, co może na niej się znaleźć.

Żałuję, że przy ostatniej, szybkiej nowelizacji PKW namawiałem kolegów z PIS, żeby z tej nowej wersji kodeksu się wycofać i przygotować kolejną, bardziej dopracowaną – na następne wybory w przyszłym roku. Niestety, koledzy z PiS na to się nie zgodzili. I moim zdaniem ktoś będzie tego żałował. Czeka nas naprawdę katastrofa. Chociaż po raz pierwszy jako polityk chciałbym nie mieć racji, chciałbym się mylić.

Sama idea powołania urzędników wyborczych, przekazanie PKW i KBW organizacji wyborców, to nie jest zły pomysł. Tylko, że to powinno być wprowadzane ewolucyjnie, stopniowo. Rzucono na głęboką wodę osoby, które często nie mają żadnego doświadczenia przy organizacji wyborów, elementarnej wiedzy prawnej na ten temat. I one niejednokrotnie robią to z instrukcją w ręku, wypełniając ją punkt po punkcie. To są ludzie zaangażowani, ale brakuje im doświadczenia przy organizacji wyborów, związanej z tym wiedzy. Na dodatek jest pośpiech, zachodzące na siebie terminy. Członkowie wszystkich komisji powtarzają w rozmowach ze mną: „Panie pośle, w tej ustawie my nie mamy na nic czasu, wszystko jest na styk, musimy działać w pośpiechu, harmonogram wyborczy jest nierealny”.

- Poprzednie wybory samorządowe budziły jednak tak duże wątpliwości, że trzeba było coś zmienić, przywrócić im wiarygodność. Było np. mnóstwo nieważnych głosów w wyborach do sejmików, dużo więcej niż w pozostałych szczeblach samorządu.

- Te nieważne głosy to były głównie głosy puste, znam to z opowieści członków komisji wyborczych. To oznacza, że tamte wybory były nieprzygotowane, a ludzie nie mają pojęcia o sejmikach, o tym, czy one są i czym się zajmują. I dlatego nie wskazują swych kandydatów na listach do sejmików.
Byłem zwolennikiem podczas prac nad nowym Kodeksem wyborczym wprowadzenia na kartach do głosowania opcji „wstrzymuję się od głosu”. Wtedy głosy nieważne by się skończyły.

- Byłoby mniej pustych kart i podejrzeń, że ktoś oddał pustą kartę, a potem ktoś inny dopisał na niej „x”, „dosypując” w ten sposób głosów „swoim”.

- Trzeba przy tym dodać, że nie było kwestionowania wyników ostatnich wyborów parlamentarnych i prezydenckich, co potwierdza moją tezę związaną z głosowaniem do sejmików.

- Mówiło się też o efekcie „książeczki”, której teraz, na szczęście, już nie będzie. Zastąpi ją „płachta”.

- Książeczki nie będzie dzięki spłaszczeniu list, ograniczeniu liczby kandydatów i to akurat też było dobrym rozwiązaniem. Jednak efekt jest też taki, że wiele komitetów zgłasza minimalną liczbę kandydatów, bo ze względu na ograniczenie możliwości jednoczesnego kandydowania do różnych szczebli samorządu w wielu gminach partie miały problemy ze zbudowaniem list. Owszem chętnych na wójta i burmistrza nie brakowało, ale wielu z nich nie było w stanie zbudować listy kandydatów na radnych.

- Co zmieni częściowa likwidacja jednomandatowych okręgów wyborczych, czyli JOW-ów?

- Ta likwidacja była ogromnym błędem i nasz klub będzie wnioskował, żeby w dalszych pracach nad Kodeksem wyborczym przywrócić JOW-y w gminach powyżej 20 tys. mieszkańców. Dlaczego niszczymy coś, co jest sprawdzone? Gdzie kwestionowano wynik wyborów? Nie tam, gdzie były JOW-y, ale w sejmikach. Likwidacja JOW-ów zmniejsza aktywność społeczną, zainteresowanie startem w wyborach, bo ogranicza możliwość czynnego w nich udziału.

Pozwólmy mieszkańcom startować, poczuć się wolnymi, bo dziś nie mogą wystartować, jeśli nie dołączą się do jakiejś większej listy, na której o ich kolejności decyduje ktoś inny. Muszą też podpisywać coś w rodzaju „lojalek”, że popierają program danego komitetu. A co jeśli z jego częścią się nie zgadzają lub nie zgadzają się z częścią kandydatów z listy, z której startują?

- Ta lista musi jeszcze przekroczyć próg wyborczy, i to w całej gminie czy dzielnicy, a ordynacja proporcjonalna, wraz z metodą d’Hondta, premiuje największe ugrupowania. Znam przypadki, że ktoś startował w 5-mandatowym okręgu wyborczym, zdobył tam trzeci wynik, ale przez tę ordynację nie dostał się do rady.

- No właśnie. Samorządowcy znają to z autopsji i sami proszą o przywrócenie JOW-ów.

- Dwukadencyjność też odciśnie się na najbliższych wyborach?

- Jestem zwolennikiem tego rozwiązania. Który z obecnych wójtów, burmistrzów czy prezydentów, jest w 100 proc. pewny reelekcji? Dlatego ta retoryka: "nam się zabiera chleb, co ja będę robił w życiu", do mnie nie trafia. Wszyscy samorządowcy muszą liczyć się z tym, że przegrają wybory i będą musieli szukać sobie innej pracy.

Z drugiej jednak strony powinno istnieć coś w rodzaju rejestru zasobów kadr administracyjnych: byłych samorządowców, urzędników, wojewodów, marszałków. My w Polsce mamy taką lekkość w szastaniu kadrami, a jednocześnie mamy ogromny potencjał kadrowy, o którym nie mamy wiedzy. Dlatego ten potencjał jest marnowany. Gdy szukamy kandydatów na ważne stanowisko w administracji publicznej, nie sięgamy po ludzi, którzy już mają w niej doświadczenie, praktyków. To doświadczenie jest nie do przecenienia. Każdy, kto choćby jedną kadencję pracował w samorządzie, zna i zamówienia publiczne, i kodeks postępowania administracyjnych, procedury budowlane, ma wiedzę potrzebną do bycia profesjonalnym, dobrym urzędnikiem.

Taki rejestr byłby też pewną formą docenienia ludzi z doświadczeniem w administracji publicznej i szanowania ich wiedzy. Dzięki temu ta ich wiedza nie marnowałaby się, tak, jak to dziś często ma miejsce.

Podobnie jest z byłymi żołnierzami czy policjantami, z których wiedzy, umiejętności i doświadczenia po ich przejściu na emeryturę też polskie państwo nie korzysta. To widać również na przykładzie służb specjalnych, których byli pracownicy nęceni są także przez grupy przestępcze.

Nie może być też tak, że ktoś, kto był burmistrzem czy wójtem, po wyborach nie może znaleźć pracy, bo nie pozwalają mu na to przepisy, mówiące np. o tym, że przez długi czas nie może on pracować dla firm, z którymi podpisywał umowy.

- Czego spodziewa się Pan po tych wyborach? Jak one mogą zmienić układ sił w samorządach wojewódzkich oraz powiatach i gminach? Grozi im większe upartyjnienie?

- Jestem zdania, że czeka nas duża niespodzianka, jeśli chodzi o wynik tych wyborów, że będą duże zmiany. Niektórzy tak mówili o poprzednich wyborach samorządowych, z 2014 r., ale moim zdaniem naprawdę nowa sytuacja, nowe otwarcie, będzie dopiero po tych wyborach.

- Mówi się jednak, że obecna sytuacja polityczna sprzyja, rosnąca polaryzacja, sprzyja, także w wyborach samorządowych, dwóm największych obozom politycznym.

- Ale może będzie właśnie inaczej. Może Polacy już mają dość tej polaryzacji, partyjniactwa, coraz ostrzejszej walki politycznej między PO a PiS. I wybiorą inne, bardziej stonowane ugrupowania. Proszę zauważyć, że w sondażach wyborczych już nie mówi się, na kogo kto będzie głosował, ale używa się określenia „preferencje wyborcze”. Takie asekuranckie określenie bierze się moim zdaniem z tego, że pracownie badania opinii publicznej mają świadomość, że sondaże znów mogą bardzo „rozjechać się” z wynikami wyborów, że przy urnach ludzie wybiorą inaczej niż wynikałoby z sondaży.

- Chce Pan powiedzieć, że na tych wyborach mogą stracić największe partie. A co z pozostałymi? Czy samorząd będzie po tych wyborach bardziej odpartyjniony?

- Będzie inny i ja wierzę, że to będzie kierunek uwolnienia samorządów od presji partyjnej.

- Jak podsumowałby Pan kończącą się kadencję polskiego samorządu, uwzględniając wprowadzone zmiany legislacyjne, którego go dotyczą?

- Bez wątpienia najważniejsza w tej kadencji sejmu była dla samorządu była ustawa o metropolii. To było historyczne wydarzenie. My może jeszcze sobie tego w pełni nie uświadamiamy, ale to naprawdę nowy etap w historii polskiego samorządu. Po Górnym Śląsku inne duże miasta mają apetyt na powołanie w nich metropolii. Pytanie, czy w sytuacji wyludniania się wielu dużych miast, suburbanizacji odbywającej się na ogromną skalę, nie powinniśmy iść w stronę właśnie modelu aglomeracyjnego?

Rzecz bowiem nie w tym, żeby miasta zabierały okalającym je gminom tereny, ale żeby te gminy zaprosić do współpracy jako partnerów. Coś z tym trzeba zrobić, bo np. w Olsztynie jest jeszcze sporo miejsca do wykorzystania pod zabudowę, a mimo to też dotyka go problem suburbanizacji. Podobnie jest w wielu innych miastach.

- Skoro już jesteśmy przy takiej tematyce, to ja płynnie przejdę do idei deglomeracji, czyli terytorialnego równoważenia rozwoju kraju. Tak, by w Polsce nie rozwijały się głównie największe miasta, metropolie, by nie drenowały one pozostałej części kraju z zasobów ludzkich, kapitału, funkcji społeczno-gospodarczych. Z analiz geografów i demografów, m.in. prof. Przemysława Śleszyńskiego z PAN, wynika, że wyludnianie i regres społeczno-gospodarczy grozi nie tylko bardziej peryferyjnym terenom wiejskim, ale także wielu miastom średniej wielkości, które podupadając, będą pociągały za sobą okalające je subregiony. Co Pan sądzi o wychodzącej naprzeciw temu zagrożeniu koncepcji deglomeracji, która zakłada m.in. przenoszenie siedzib instytucji administracji centralnej i central dużych państwowych firm do mniejszych miast, także tych niewojewódzkich. Wzorem tak pojętej deglomeracji są Niemcy, gdzie mnóstwo siedzib instytucji administracji centralnej i największych firm jest poza stolicą.

- My w Kukiz’15 już dawno to postulowaliśmy, ale polska klasa polityczna mentalnie jeszcze do tego nie dojrzała. Czy Pan sobie wyobraża, że Trybunał Konstytucyjny zostanie przeniesiony np. do Piotrkowa Trybunalskiego?

- Jednak tak jest przecież nie tylko w Niemczech, ale także np. w Czechach i na Słowacji.

- U nas na razie to jest, niestety, nierealne, bo nasza partie polityczne nie chcą wyzbywać się atrybutów władzy, którymi są w ich oczach armie urzędników, budynki, limuzyny służbowe. Gdyby to tylko w części zniknęło z Warszawy, rząd, bez takiego otoczenia, nie czułby się już taki ważny.

- Jakie najważniejsze inicjatywy legislacyjne – w tej kadencji samorządu – przygotowało Państwa ugrupowanie – Kukiz’15? Czy któreś z nich udało się przeforsować?

- Jesteśmy tymi, którzy uratowali jednomandatowe okręgi wyborcze przed ich całkowitą likwidacją, czego chciał PiS. Tymi, dzięki którym w gminach do 20 tys. mieszkańców wciąż są JOW-y. To nasz największy sukces. Co więcej, zaproponowaliśmy, żeby JOW-y były wszędzie, zaproponowaliśmy też bezpośredni wyborów marszałków i starostów, ale widocznie jeszcze na to za wcześnie, skoro musieliśmy nawet bronić tego, co już jest.

- Nasza klasa polityczna nie dojrzała także do tego, boi się JOW-ów?

- Tak, boi się ich. Na czym polega siła JOW-ów? Na tym, że po ich wprowadzeniu we wszystkich wyborach liderzy partyjni przestają mieć znaczenie, nie trzeba wkupiać się w ich łaski, być im posłusznym, tak, jak dziś, by dostać dobre miejsce na liście wyborczej lub w ogóle na niej się znaleźć. Przy JOW-ach odpowiada się bezpośrednio przed wyborcami, ich trzeba przekonywać do siebie, a nie liderów partyjnych.
 
- Kukiz’15 zaproponował też likwidację straży miejskich. Dlaczego?

- Dziś straż miejska jest czymś pomiędzy agencją ochrony a policją. Jednak jest w niej duży potencjał, bo to są praktycy, ludzie z doświadczeniem, które bardzo przydałoby się w policji, zmagającej się z problemami kadrowymi. Jednocześnie straż miejska ma dziś za małe uprawnienia, żeby realnie wpływać na poziom bezpieczeństwa w mieście.

- I skupia się głównie – tak jest powszechnie odbierana – na łapaniu kierowców, którzy źle zaparkowali lub nie zapłacili za parkowanie.

- Powinniśmy pójść bardziej w kierunku policji miejskiej, wcielić straże miejskie do policji, wzmocnić w ten sposób rewiry dzielnicowych, by rzeczywiście podnieść poziom bezpieczeństwa. Na włączeniu do policji strażnicy nie tylko nie straciliby, ale zyskaliby, otrzymując wyższe zarobki czy przywileje emerytalne.

- Kandyduje Pan na prezydenta Olsztyna. Dlaczego zdecydował się Pan na ten start?

- Przede wszystkim nie traktuję startu w wyborach samorządowych jako degradacji, tak, jak to dziś odbiera wielu polityków. Wielu samorządowców przechodzi drogę odwrotną – z samorządu do Sejmu. Moim zdaniem równie naturalna może być droga odwrotna.
 
- Jaki ma Pan program?

- Na pewno chcę zaproponować inne niż obecnych władz miasta spojrzenie na to Olsztyn. Nie wiem, czy wygram wybory, ale zależy mi na tym, by mieszkańcy mieli szansę poznać inne podejście do miasta, by dowiedzieli się, że można inaczej nim zarządzać. Idę pod hasłem „Mieszkańcy Olsztyna są najważniejsi”. Dla mnie budowanie wspólnoty miejskiej, lokalnego patriotyzmu jest na pierwszym miejscu. Zależy mi na tym, żeby doprowadzić do tego, by opłacało się być mieszkańcem Olsztyna. Dopóki nie zbudujemy służących temu narzędzi, to nie liczmy na to, że ludzie będą chcieli się tu osiedlać, że nie będą chcieli stąd wyjeżdżać.

- Dziś uciekają z Olsztyna?

- Uciekają. Mówią: „Płacę w mieście podatki i nic z tego nie mam”. Mnie zależy na tym, żeby miasto dbało o wszystkich mieszkańców, a nie np. tylko rodziny z dziećmi w wieku szkolnym. Jestem zwolennikiem spersonalizowanej karty mieszkańca, dzięki której każdy coś od miasta otrzyma. Karta ma być bonusem za rozliczenie PIT w OIsztynie i w jej ramach proponuję m.in. bezpłatną komunikację miejską. Dla dzieci, studentów, a dla osób dorosłych – przez pięć dni roboczych w tygodniu. Na tym właśnie polegałaby ta personalizacja, wyjście naprzeciw potrzebom wszystkich mieszkańców. Dlaczego ludzie jeżdżą autami, korkują miasto? Bo im nie opłaca się przesiąść do komunikacji miejskiej.

- Dla mieszkańców ważne jest też to, jak ta komunikacja jest zorganizowana, czy wygodnie i szybko dociera się nią do celu.

- W Olsztynie wydano bardzo grube miliony ze środków unijnych na komunikację miejską, a mimo to ludzie nadal stoją w korkach, nie przesiedli się gremialnie do tej komunikacji. To jaki był sens wydawania tych milionów?

Mówimy też o walce ze smogiem. Bezpłatna komunikacja miejska byłaby w tym świetnym narzędziem, choć mówi się, że przynosi zamierzone efekty do pewnego progu liczby mieszkańców miasta. Olsztyn mieści się w tym progu. Bezpłatna komunikacja miejska dla osób mieszkających w Olsztynie i płacących w nim podatek dochodowy sprawiałaby, że opłaca się w nim mieszkać. Bo każda rodzina mogłaby w ten sposób zaoszczędzić kilkaset złotych miesięcznie – na samym paliwie. Do tego nie musieliby płacić za parkowanie i stać w korkach.

Na przykładzie Tallina, który bezpłatną komunikację miejską wprowadził 6 lat temu, widać, że jest to narzędzie skuteczne: przybyło tam mieszkańców i osób odprowadzających w tym mieście podatek dochodowy.
Pod kartę miejską można podciągnąć też całą gamę lokalnych usług i punktów handlowych, rabaty w lokalnych sklepach i punktach usługowych, ale też spersonalizowane. Ta karta mogłaby być także narzędziem do głosowania w budżecie obywatelskim.

Chciałbym też, by Olsztyn wykorzystał w pełni swój potencjał innowacyjności. Skoro mamy uniwersytet, tylu naukowców i studentów, to wykorzystajmy ten potencjał.

- Miasto jak firma?

- Dokładnie tak. Niech dba o swych mieszkańców tak, jak firma o swych klientów. Wtedy będzie działać inaczej, lepiej, niż dziś.

Rozmawiał Jacek Krzemiński
TAGI:
 
KOMENTARZE: 0 PRZEJDŹ NA FORUM

DODAJ SWÓJ KOMENTARZ

 
newsletter

TAGI

PARTNERZY 


  Związek Gmin Wiejskich  

KONTAKT
Polska Agencja Prasowa SA
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (+48 22) 509 22 22
Faks: (+48 22) 509 22 34
REDAKCJA SERWISU SAMORZĄDOWEGO PAP
ul. Bracka 6/8, 00-502 Warszawa
Tel.: (22) 509 23 67
Faks: (22) 509 23 72, (22) 509 22 20
e-mail: samorzad@pap.pl
e-mail klubowy: klub@pap.pl
DZIAŁ SPRZEDAŻY I OBSŁUGI KLIENTA
Adam Michrowski
Tel.: (22) 509 29 47
Kom.: 516 363 056
a.michrowski@pap.pl
PAP Copyright © PAP SA 2013 .
Redakcja  |  O portalu  |  Licencje  |  Polityka Prywatności  |  v 1.4.25