Błędne koło. Obserwatorfinansowy.pl: są w Polsce już całe gminy, w których emeryci to ponad 40 proc. mieszkańców - wywiad z prof. Moniką Stanny

Wiele miejscowości w Polsce wyludnia się w zastraszającym tempie. Są już całe gminy, w których emeryci to ponad 40 proc. mieszkańców. To znaczy, że one już wymierają. Czy można to odwrócić?

W portalu ekonomicznym Narodowego Banku Polskiego Obserwatorfinansowy.pl ukazał się obszerny wywiad z prof. Moniką Stanny, dyrektorem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN pt. „Błędne koło niedorozwoju” – m.in. o wyludnianiu się obszarów wiejskich w Polsce. Poniżej "przedrukowujemy" go w całości:

ObserwatorFinansowy.pl: - Z Państwa badań nad obszarami wiejskimi w Polsce wynika, że to, co ma miejsce np. w Hiszpanii, gdzie kompletnie wyludniają się setki wsi, zaczyna mieć miejsce i u nas. Wiele miejscowości w Polsce wschodniej wyludnia się w zastraszającym tempie. Piszą Państwo, że w wielu gminach peryferyjnych, nie tylko na ścianie wschodniej, liczba emerytów stanowi już 1/3 całej populacji, przy średniej dla obszarów wiejskich wynoszącej 17 proc. W niektórych gminach na Podlasiu odsetek ten przekroczył nawet 40 proc. To oznacza, że one już wymierają. Pytanie, czy nie da się tego odwrócić?

Prof. Monika Stanny: - Pyta Pan, czy można tam odwrócić proces depopulacji? Otóż należy zwrócić uwagę, że jest on elementem większego mechanizmu, który nazywamy błędnym kołem niedorozwoju. Głównie w latach 70. XX w., także później, nastąpiły duże odpływy migracyjne z Polski wschodniej, szczególnie z gmin na pograniczu polsko-białoruskim i polsko-ukraińskim, ale i z gmin na pograniczu województw: mazowieckiego z łódzkim, ze świętokrzyskim, lubelskim czy warmińsko-mazurskim. Ludzie masowo przenosili się stamtąd do miast, za pracą, z chęci poprawy bytu i w rezultacie uruchomiło się tam to błędne koło niedorozwoju. Gdy ludność – przeważnie młoda, zaczęła z tych rolniczych obszarów odpływać, popyt na pracę poza rolnictwem nie powstał tam, a to hamowało rozwój lokalnej gospodarki. Mniej ludzi młodych to też mniej urodzeń, a w efekcie mniejszy popyt także na lokalne usługi publiczne, na szkoły, ośrodki zdrowia, placówki kulturalne itp. Gdy stał się on mniejszy, to w ślad za tym nastąpiła redukcja lub regres infrastruktury społecznej, takiej, jak choćby właśnie szkoły.

Zmniejszająca się dostępność usług publicznych pogarszała warunki życia, co skłaniało mieszkańców do dalszego odpływu. Młodzi ludzie stamtąd wyjeżdżali, nie widząc dla siebie perspektyw, dobrych warunków do założenia rodziny. Ukształtowana w wyniku wieloletnich procesów migracyjnych struktura lokalnej populacji jest tam wybitnie niekorzystna, co powoduje, że obszary te tracą zdolność do rozwoju społeczno-gospodarczego, a ich wyludnianie trwa. Samorządy lokalne stoją przed wielkim wyzwaniem, jakim jest zapewnienie odpowiedniego dostępu do usług publicznych na tych starzejących się i słabo zaludnionych obszarach.

- Jak przerwać to błędne koło?

- Nie będzie to możliwe bez wsparcia zewnętrznego, bez napływu kapitału z zewnątrz i przedsiębiorczych jednostek lub programów prorozwojowych skierowanych do obszarów o niskiej gęstości zaludnienia. Trzeba wbić jakiś klin, np. między migracje a rynek pracy, rynek pracy a usługi, usługi a urodzenia. Tak, żeby odwrócić tę spiralę. Można by sobie wyobrazić, że tym klinem jest np. stworzenie zakładu przemysłowego. Ale zadziała to pod warunkiem, że wśród miejscowej społeczności znajdą się pracownicy z potrzebnymi tam kompetencjami.

By zatrzymać ludzi na wsi położonej „daleko od szosy” potrzebne są pozarolnicze miejsca pracy. Szansą na renesans tych terenów są miejsca pracy wspomagane lub oparte na technologiach cyfrowych i telekomunikacyjnych. Bez takich rozwiązań nikt nie zachęci młodych ludzi, żeby mieszkali w miejscu, w którym nie będą mogli realizować swoich aspiracji życiowych.

- Konstatują Państwo, że na to, jak zmieniła się polska wieś w ostatnich latach, największy wpływ miały migracje, wewnętrzne, czyli w obrębie kraju, a ich głównym motorem było właśnie poszukiwanie pracy.

- Ludzie od zawsze migrują z miejsc mniej atrakcyjnych do bardziej atrakcyjnych w celu poprawy bytu, a dziś głównym motywem jest praca. Migrują głównie ludzie młodzi, dobrze wykształceni, zaradni i przedsiębiorczy. Na wsi pozostają osoby starsze. Dotyczy to przede wszystkim obszarów położonych z dala od większych miast czy gmin rolniczych. Jeśli mamy gminę z dominującą funkcją rolniczą, mamy tam rynek pracy rolniczy, który nie jest atrakcyjny dla większości dzisiejszego społeczeństwa, mającego zupełnie inne kompetencje, także za sprawą obecnego systemu edukacji i potrzeby funkcjonowania w świecie cyfrowym.

- No właśnie. Gdy patrzy się na wyniki Państwa badań, to wyraźnie widać, że najniższy poziom rozwoju społeczno-gospodarczego jest na obszarach rolniczych, tam, gdzie rolnictwo wciąż dominuje lub odgrywa bardzo ważną rolę. Czy nie jest tak, że spore uprzywilejowanie rolników, m.in. fiskalne, utrwala niedorozwój tej części Polski, w której wciąż dominuje rolnictwo? Stawiam taką tezę, bo rolnicy nie płacą podatku dochodowego, podatek rolny jest niski i zależy tylko do klasy gleby, a nie od rodzaju i dochodowości upraw. To zaś uderza w finanse gmin rolniczych, jako że główne źródła dochodów własnych gmin w Polsce to udział w podatku dochodowym oraz podatek od nieruchomości. Uderzające jest to, że wśród gmin wiejskich o najniższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego są np. gminy na zachodnim Podlasiu, które mają nowoczesne, zamożne rolnictwo, z dużymi, nowoczesnymi i dającymi spore dochody gospodarstwami mleczarskimi.

- Poruszył pan wiele kwestii w tym jednym pytaniu. Rzeczywiście z naszych badań wynika, że im struktura lokalnej gospodarki jest bardziej monofunkcyjna rolniczo, tym poziom rozwoju społeczno-gospodarczego jest niższy. W ramach „Monitoringu rozwoju obszarów wiejskich” stworzyliśmy mapę gmin wiejskich, na której pokazywaliśmy gminne wpływy z podatku CIT i PIT, przypadające na jednego złotego z podatku rolnego.

I ta mapa pokazuje, że mamy głównie w Polsce wschodniej i północnej gminy, gdzie na jednego złotego podatku z PIT i CIT przypada jeden złoty z podatku rolnego. To znaczy, że tam, oprócz rolnictwa i miejsc pracy, które tworzy samorząd gminny, typu urząd gminy, szkoła, przedszkole, ośrodek zdrowia, nie ma żadnych innych miejsc pracy. „Państwo” jest tam głównym pracodawcą. Nie ma też jak zachęcić inwestora, żeby ulokował w takiej gminie swoją inwestycję, bo nie ma tam otoczenia, warunków dla niego. Aby biznes mógł gdzieś kwitnąć, musi być otoczenie biznesu.

- To otoczenie jednak się nie zmieni, bo gmina jest biedna i nie stać jej na to, by stworzyć tam lepszą infrastrukturę, lepsze warunki inwestycyjne…

- Dlatego obszary o utrwalonym niedorozwoju powinny być szczególnie uwzględnione w polityce rozwojowej państwa, w jego programach wsparcia. Trzeba takim gminom pomóc w utrzymaniu infrastruktury, nie tylko dla mieszkańców i osób pracujących w danej gminie, ale też dla potencjalnych inwestorów. Jednak inwestor musi mieć też pewność, że znajdzie tam potrzebnych mu pracowników. Może również uznać, że lokalizowanie inwestycji w gminie, w której następują procesy depopulacyjne, jest obarczone zbyt dużym ryzykiem. Ożywienie takich obszarów nie jest łatwe.

Podam przykład. Powiedzmy, że daną gminę będziemy chcieli ożywić usługami medycznymi. Możemy stworzyć np. w niej zakład leczenia pewnych schorzeń, wykorzystując warunki klimatyczno-przyrodnicze obszaru. Pytanie tylko, czy małżonkowie lekarzy, których będziemy chcieli w nim zatrudnić, też znajdą w takiej gminie pracę, czy ich dzieci będą miały tam dobry dostęp do infrastruktury społecznej, oświaty, kultury. Ten proces – migracji do obszarów o wyższej koncentracji dostępu do usług, dóbr, infrastruktury, jest procesem naturalnym i my go nie zatrzymamy.

- Czyli będziemy mieć coraz bardziej puchnące i rozlewające się miasta oraz wyludniające się obszary peryferyjne?

- Niestety, tak. Choć możemy skalę tych zjawisk ograniczać, hamować je, umiejętnie zarządzając tą zmianą. Mówimy, że tereny podmiejskie się urbanizują i rozlewają, bo przenoszą się tam mieszkańcy miast, które te tereny okalają. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Na tereny podmiejskie przenosi się w większości ludność wymywana z peryferiów, której nie stać na kupno czy na wynajęcie mieszkania w dużym mieście, dlatego wybiera okalające je wiejskie miejscowości. Ten strumień migracji ze wsi peryferyjnej na wieś podaglomeracyjną jest zdecydowanie większy, niż migracja z miasta na wieś.

- Skoro tak trudno hamować te procesy, to może nie ma co tego na siłę robić? Niemcy wpompowali w dawną NRD setki miliardów marek, a i tak ludzie masowo przenosili się stamtąd do zachodniej, lepiej rozwiniętej i bogatszej części kraju.

- Na pewno nie możemy dopuścić do tego, żeby powstawały pustynie na obszarach wiejskich. Musimy starać się utrzymać żywotność na wsi. Pytanie, za jaką cenę? Trudno wyobrazić sobie nas, ludzi, mieszkających tylko w miastach, nie mających tej wiejskiej przestrzeni. My tęsknimy za wsią. Nie stać nas na to, by pozbyć się obszarów wiejskich, często bardzo atrakcyjnych, choćby pod względem rekreacyjnym i turystycznym.

- To jest też kwestia zrównoważonego rozwoju kraju. Tereny wiejskie, o których mówimy, są też zapleczem dla mniejszych miast, które bez nich miałyby dużo trudniejszą sytuację.

- W Polsce na szczęście mamy policentryczny układ dużych miast. To znaczy, że nie mamy jednego centralnego miasta, które wysysałoby całą ludność wiejską z kraju, jak np. Meksyk. Jednak rozwój nie może koncentrować się wyłącznie na dużych miastach, które mają taką siłę, że i bez żadnego dodatkowego wsparcia będą się rozwijały. Z pewnością trzeba pomóc miastom małym i średnim, ale interwencji publicznej potrzebują przede wszystkim gminy o niskiej gęstości zaludnienia. Jeśli one będą się wyludniały, to będziemy mieć bardzo duży problem z utrzymaniem w nich infrastruktury, przede wszystkim społecznej, z zapewnieniem tam dostępu do usług publicznych na odpowiednim poziomie.

- Czyli chodzi o to, żeby ten mechanizm błędnego koła niedorozwoju tam nie przyspieszył?

- Tak, bo za dużo nas by to kosztowało. Dlatego rekomendujemy w naszym raporcie, żeby programy sektorowe dla wsi zastąpić programami na rzecz gmin o małej gęstości zaludnienia. Takie obszary to nie tylko gminy wyludniające się, ale też np. tereny górskie w Bieszczadach czy Beskidach, które mają małą gęstość zaludnienia, a przez to duże koszty infrastruktury. Powinniśmy więc skupić się nie na całych województwach, tak, jak obecnie w Polsce wschodniej, ale zejść z terytorializacją programów wsparcia niżej, na poziom gmin, tych, które rzeczywiście najbardziej potrzebują pomocy.

Tak, jak już mówiłam, one są usytuowane nie tylko we wschodniej Polsce. Nie mamy np. wciąż żadnego programu, który wspierałby tereny popegeerowskie. A to obszary o nasilonych problemach społecznych, stojące przed bardzo poważnymi wyzwaniami demograficznymi. Dziś mieszkańcom terenów popegeerowskich jest trudniej nawet niż mieszkańcom Polski wschodniej, gdzie jest wyższy kapitał społeczny, większa aktywność społeczna, większe poczucie tożsamości lokalnej.

- Czyli tereny popeegerowskie to wciąż jedne z najbardziej „problemowych” obszarów wiejskich w naszym kraju?

– Zdecydowanie tak. Dziś są to rejony, szczególnie odnosi się do Pomorza Środkowego, czyli byłych województw słupskiego i koszalińskiego, gdzie proces starzenia się ludności, jej wchodzenia w wiek poprodukcyjny, następuje zdecydowanie szybciej niż na tzw. ścianie wschodniej. Młodzi stamtąd wyjeżdżają, zostają starsi, z wyżowych roczników z lat 50. Lokalni włodarze mają w związku z tym problem z dopasowaniem infrastruktury społecznej do potrzeb, nie tworzą nowej. To pogarsza tam warunki życia. I tak wracamy do tego błędnego koła niedorozwoju, z którego Pomorzu Środkowemu wyrwać się tym trudniej, że pod wieloma względami, np. dostępności komunikacyjnej, należy do najbardziej wykluczonych w kraju. To są obszary wymagające strategicznej interwencji, ale pomysłu na nie na razie żaden rząd nie miał.

Na pewno należy skupić się na ludziach młodych, którzy na terenach popegeerowskich pozostali. Trzeba więc zapewnić im dobrą edukację, wychodzące naprzeciw ich problemom kadry nauczycielskie, tworzyć szkoły z programami włączenia społecznego, uczyć kompetencji cyfrowych i na nich budować przyszłe, lokalne miejsca pracy. Stawiałabym tam na projekty miękkie, bo o te twarde, np. infrastrukturę techniczną czy drogi, będzie dbał samorząd lokalny, bo to daje najpewniejszy zysk polityczny.

- Z Państwa badań wynika, że najwyższy poziom rozwoju społeczno-gospodarczego terenów wiejskich jest w tych gminach, którym udało się przekształcić w gminy wielofunkcyjne, gdzie jest dużo miejsc pracy poza rolnictwem, gdzie mieszkańcy dojeżdżają masowo do pracy do miast lub są dwuzawodowi, to znaczy mają gospodarstwo rolne, ale oprócz tego jeszcze inne źródło zarobku. Tak jest np. w Wielkopolsce, ale w jakimś stopniu także na Podkarpaciu i Małopolsce. Może więc najlepszym rozwiązaniem byłoby wzmocnienie mniejszych miast, na tych obszarach, gdzie jest dużo wyludniających się gmin? Żeby mogli z nich dojeżdżać do tych ośrodków do pracy.

- To jest rozwiązanie, co widać zwłaszcza na przykładzie Wielkopolski. Wielkopolska wieś jest bardzo silna dojazdami do pracy, mobilna, wahadłowa. Może to dziwnie zabrzmi, ale zawdzięcza to porządkowi pruskiemu, który w XIX wieku najwcześniej uwłaszczył tu chłopów, wprowadził powszechną edukację, a dzieci chłopa poza jednym, które dziedziczyło ziemię, podejmowały prace poza rolnictwem. Gospodarstwa domowe były wielodochodowe. Ta tradycja łączenia źródeł utrzymania z pracy poza rolnictwem z dochodami z rolnictwa jest wciąż silna. Ponadto Wielkopolska jest „sprytnie” policentryczna. Tzn. tam dość równomiernie, mniej więcej co 30 min. drogi autem, jest ośrodek miejski będący lokalnym rynkiem pracy.

Ta wielofunkcyjność, będąca rzeczywiście optymalnym modelem dla terenów wiejskich, jest wpisana w styl życia mieszkańców Wielkopolski, ale i nie tylko. Nieco inaczej wygląda to na Podkarpaciu, które ma wysoką gęstość zaludnienia, sporo silnych ośrodków miejskich i tradycje przemysłowe sięgające Polski międzywojennej (COP). Sytuacja ta od stu lat sprzyja modelowi dwuzawodowość na wsi, do tego stopnia, że przy wysokim rozdrobnieniu agrarnym związek z rolnictwem jest w wykazywany właściwie tylko w statystyce dopłat bezpośrednich, zaś głównym źródeł utrzymania jest praca najemna.

Podobnie radzą sobie mieszkańcy Małopolski, wykorzystując do perfekcji możliwości pozarolnicze w usługach, turystyce, dojeżdżaniu do pracy w mieście. Codzienne dojazdy do pracy, które nazywamy mobilnością wahadłową, powinny być więc wspierane. Do tego potrzebny jest m.in. rozwinięty transport publiczny, którego regres bardzo odczuwają obszary wiejskie. On dotyczy głównie dwóch grup społecznych. To dzieci, uczniowie, głównie szkół ponadpodstawowych oraz osoby starsze. Dojazdy trzeba wspierać, ale dostęp do infrastruktury społecznej należy zapewnić w miejscu zamieszkania. Szansę upatruję we wspomnianych wcześniej usługach on-line, czyli technologii cyfrowej.

- Jest jeszcze jedna okoliczność, która może obszarom wiejskim pomóc. Dziś wielu mieszczuchów marzy o domku na wsi.

- Idealizujemy ją, nie zdając sobie sprawy z kosztów przeprowadzki na wieś. Gdy już tam się przeniosą, pod miasto, stają się szoferami własnych dzieci. M.in. ze względu na regres transportu publicznego na terenach wiejskich, ale i postępujący konformizm.

- Jednym z najważniejszych wniosków wypływających z badań Państwa jest wolne tempo zmian strukturalnych w polskim rolnictwie i przekształcania wsi rolniczej w wieś wielofunkcyjną, czyli mówiąc naukowo, dezagraryzacji wsi. Czy unijna Wspólna Polityka Rolna, ale i spore uprzywilejowanie rolników w Polsce, to, że nie płacą podatku dochodowego, mają duże tańsze ubezpieczenie społeczne (KRUS), nie konserwują obecnego stanu polskiego rolnictwa, nie hamują w nim zmian? Wskazywałaby na to nie zmieniająca się niekorzystna struktura agrarna, zbyt duże rozdrobnienie gruntów rolnych i gospodarstw, nie rosnący ich średni areał.

- Nie będę oryginalna, gdy odpowiem na to pytanie „tak”. Jest kilka czynników, które hamują zmiany. Na pewno są to unijne dopłaty bezpośrednie, które sprawiają, że ludzie nie chcą pozbywać się gruntów i gospodarstw rolnych. Na pewno KRUS, który też zniechęca do pozbywania się ich, bo dzięki nim ma się niższe ubezpieczenie. Na pewno również to, że rolnicy nie są opodatkowani, przez co nie wiemy również, jak dochodowe jest rolnictwo jako miejsce pracy. Nie wie tego rząd, ale i sami rolnicy.

Często słyszymy, że rolnicy przeszacowali swoje możliwości, kupili nowy sprzęt, a teraz nie mogą spłacić zaciągniętych na ten cel kredytów. To, że nie są zmuszeni do prowadzenia rachunkowości w swoim gospodarstwie, rachunku zysków i strat, bilansu, na pewno nie pomaga im w szacowaniu ryzyka ich działalności i podejmowanych decyzji. Jeśli chodzi o podatek dochodowy dla rolników, to pod tym względem jesteśmy ewenementem w Europie. Właściciele większych gospodarstw tylko u nas nie płacą podatku dochodowego. Obecny brak rąk do pracy w Polsce stwarza idealne możliwości, żeby reformować polskie rolnictwo i zmieniać polską wieś. Z rolnictwem związanych jest jeszcze ponad 10 proc. Polaków, a na terenach wiejskich prawie jedna czwarta ludności. To wciąż bardzo dużo, zbyt dużo.

- To znaczy, że na polskiej wsi, w polskim rolnictwie, są wciąż ukryte duże rezerwy siły roboczej?

- Są one jeszcze schowane wśród płatników KRUS, spośród których wielu już faktycznie nie zajmuje się rolnictwem. Oni wciąż posiadają ziemię rolną, nie sprzedają jej, bo KRUS zapewnia im tańsze ubezpieczenie społeczne, a potem emeryturę bądź rentę. Będąc w KRUS, można pracować w szarej strefie. To jest bardzo powszechne zjawisko. Obecna sytuacja na polskim rynku pracy sprzyja jednak temu, żeby te rezerwy wykorzystać, także do tego, by uruchomić czy zachęcić ludność tam, gdzie wciąż dominuje rolnictwo, do budowania wielofunkcyjności lokalnej gospodarki. Ta wielofunkcyjność jest nie tylko wskazana, ale wręcz konieczna. Jeśli ktoś nie może w czymś się specjalizować, nie ma do tego warunków, nie ma dużego gospodarstwa, to siłą rzeczy musi się odnaleźć w innej profesji, zapewnić sobie inne pozarolnicze źródła utrzymania. Najważniejsze jednak, żeby utrzymywał się z pracy, a nie z niezarobkowych źródeł. To, co my obserwujemy i co nas napawa dużym niepokojem, jest fakt, że ludzie deklarujący, iż odchodzą z rolnictwa, często nie przechodzą do innej pracy, ale utrzymują się z niezarobkowych źródeł utrzymania, czyli z rent, emerytur, zasiłków czy rentierstwa.

Tak jest np. w południowo-wschodniej Polsce, gdzie ludność realnie odchodzi z rolnictwa, ale w statystyce nadal pozostaje. Posiada tylko ziemię i bierze unijne dopłaty za to, że jest tam łąka, ale nie tam produkcji. Mimo dokonanej już istotnej modernizacji naszego rolnictwa, to jeśli nie zreformujemy tego sektora w celu poprawy wydajności, nie ograniczymy zachęt do bezproduktywnego rolnictwa, to ono będzie zanikać nawet tam, gdzie powinno pozostać, gdzie ma dobre warunki do rozwoju.

Rozmawiał Jacek Krzemiński

Prof. Monika Stanny jest dyrektorem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, koordynatorem wieloletniego projektu badawczego „Monitoring rozwoju obszarów wiejskich”, realizowanego przez Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej oraz Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN.

Źródło: Obserwatorfinansowy.pl

Opublikowano: 2019-02-08 10:33

Uwaga! Artykuł pochodzi z portalu internetowego Serwis Samorządowy PAP.