Zastąpienie broszury wyborczej kartą do głosowania i skrócenie list wyborczych ograniczy liczbę głosów zmarnowanych - przekonują eksperci Fundacji im. Stefana Batorego
System wyborczy stosowany w wyborach do rad powiatu, miast na prawach powiatu i do sejmików województw w niewielkim stopniu respektuje sympatie wyborców i prowadzi do tego, że znacząca liczba głosów pada na listy, które nie zdobywają mandatów - przekonywali dr hab. Jarosław Flis i dr Adam Gendźwiłł, autorzy raportu „Przedstawiciele i rywale – samorządowe reguły wyboru”.
Podczas czwartkowej konferencji, zorganizowanej przez Fundację im. Stefana Batorego, eksperci zaproponowali zastąpienie broszury wyborczej jednostronicową kartą do głosowania. W ich opinii ma to ograniczyć liczbę głosów zmarnowanych. Zarekomendowali też znaczne skrócenie list wyborczych, przekonując, że nie zaburzy to proporcjonalności wyborów.
Ponadto badacze zwrócili uwagę na szereg wad w obecnej ordynacji wyborczej do samorządów. W ocenie naukowców zbyt duża liczba głosów pada na listy i kandydatów, którzy nie zdobywają mandatów (tzw. głosy zmarnowane).
„Są powiaty, gdzie liczba głosów oddanych na kandydatów bez mandatu przekracza 70 proc. W powiecie zduńskowolskim na zwycięzców zagłosowało 27 proc. wyborców. To może być źródłem frustracji dla mieszkańców, ale również osłabia legitymację całych instytucji. Takich przykładów jest znacznie więcej” – przekonywał Flis.
Z kolei Gendźwiłł zwrócił uwagę na zbyt duże rozmiary list wyborczych, podkreślając, że przyczyniają się one do powstawania znacznej liczby „zmarnowanych” głosów.
„Jednym z podstawowych problemów są zbyt długie listy kandydatów. Wystawienie wielu kandydatów to potencjalny zysk dla komitetu, bo każda osoba przyciągnie trochę wyborców. Niestety, prowadzi to także do znacznego rozproszenia głosów pomiędzy kandydatów. Bardzo dużo głosów - nawet do 60 proc. - pada na „naganiaczy”, którzy zdobywają głosy, ale nie zdobywają mandatów. Te trafiają bowiem przede wszystkim do liderów list” – zaznaczył.
Ponadto eksperci poinformowali, że naturalny próg wyborczy jest dużo wyższy niż próg ustawowy, a zdobycie co najmniej 5 proc. głosów nie gwarantuje uzyskania mandatu.
Autorzy raportu przekonywali, że naturalny próg wyborczy eliminuje wiele ugrupowań o mniejszym poparciu. „W wyborach w 2010 r. w powiecie kołobrzeskim PiS uzyskało prawie 15 proc. głosów i nie otrzymało ani jednego mandatu w żadnym z okręgów” – zaznaczyli w raporcie.
Badacze podkreślili również, że dla większości radnych rywalizacja pomiędzy partiami ma charakter drugoplanowy, ponieważ ważniejsza dla ich losów jest rywalizacja wewnątrzpartyjna. Zaznaczyli, że system skrzywia rywalizację wewnętrzną pomiędzy kandydatami z tej samej listy, wyraźnie wzmacniając szanse kandydatów z pierwszego miejsca.
„Kandydaci z niższych miejsc przede wszystkim walczą o głosy z osobami z tego samego komitetu. Nasze badania pokazują, że prawdopodobieństwo straty mandatu na rzecz kolegi czy koleżanki z listy jest większe niż na rzecz kogoś z konkurencyjnej listy” - powiedział Flis.
Naukowcy negatywnie ocenili funkcjonowanie parytetów płci. „Bezpośrednio po wprowadzeniu parytetów nie nastąpił wzrost udziału kobiet wśród radnych, co teoretycznie miało wynikać z większej liczby pań na listach, a nawet zasadniczo zmalały indywidualne szanse wyboru kandydatek na listach” – przekonywali.
mm/ woj/