Dzisiaj każdy sam musi walczyć o środki dla gminy. Ludzie nie chcą innego wójta, bo wierzą, że ja dbam o nich - mówi Jerzy Wiktor Podlewski, od 34 lat szef gminy Zakrzewo w Wielkopolsce
Niewielu pamięta zamierzchłe już czasy, kiedy terenową Polską zarządzały gromadzkie rady narodowe. Gminy pojawiły się w 1973 r. Do 1990 r. szefów gmin nazwywano naczelnikami, później zastąpili ich wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast. Wszystkie te zmiany doskonale pamięta Jerzy Wiktor Podlewski, wójt gminy Zakrzewo w Wielkopolsce.
Anna Śliwka: Został Pan naczelnikiem gminy 15 lutego 1973 r., tylko o półtora miesiąca później niż rekordzistka, która najdłużej, według naszych danych, jest szefem gminy. Pamięta Pan początki swojej kariery?
Jerzy Wiktor Podlewski: W 1972 roku przygotowywano na szkoleniach osoby, które miały zostać naczelnikami gmin. Do Zakrzewa przygotowywana była osoba, wokół której jednak powstało zamieszanie, a sprawa oparła się o Radę Państwa. Ostatecznie nie powołano jej na naczelnika, do 15 lutego sekretarz gminy pełnił obowiązki naczelnika, a następnie powołano mnie.
W momencie powstania gmin, przeszedłem do nowotworzonej gminy, gdzie rozpocząłem pracę jako kierownik służby rolnej, a wcześniej pracowałem w przedsiębiorstwie Centrala Nasienna. Po półtoramiesiącznej pracy w urzędzie, naczelnik powiatu zwrócił się do mnie z propozycją objęcia funkcji naczelnika w Zakrzewie. Zostałem więc jednym z najmłodszych naczelników - miałem wówczas 27 lat. Szkolenia już nie przechodziłem, ale sam musiałem wdrażać się w sprawy administracji i biurowe. O powołaniu mnie zadecydował być może też fakt, że urodziłem się i pochodziłem z Zakrzewa.
Co ułatwia, a co utrudnia tak długie doświadczenie w pracy? Nie wpada się w rutynę?
Jest o tyle łatwiej, że znam każdy kąt i ludzi. W kolejnych bezpośrednich wyborach wybrano jednak mnie, bo dbam o to społeczeństwo, by gmina jak najlepiej rozwijała się. Przed 1989 r. rządziło się łatwiej - kiedyś finanse dzielono na szczeblu województwa, dzisiaj każdy sam musi walczyć o środki dla gminy. Wtedy do gminy płynęły pieniądze z kasy powiatowej - gdy zabrakło środków, a miało się dobre układy u wojewody, szło się do niego z prośbą i dokładał pieniądze. Dzisiaj nikt tego nie da, trzeba wziąć kredyt, by coś sfinansować do końca. Zabiegamy o pieniądze jak najlepiej możemy, ale trzeba solidniej rządzić się tą kasą.
Na ile cele, które Pan sobie, jako szef gminy, stawia teraz, różnią się od celów sprzed 30 lat?
Celem jest wciągnięcie społeczności w rozwój gminy. W roku 1973 były tu drogi brukowe, nie było remiz, świetlic - stworzyliśmy to w ciągu tych lat i trochę przebudowaliśmy naszą gminę, a teraz idziemy w kierunku rozwoju turystyki, gdyż mamy w strukturze gminy 50% lasów i jeziora. Konkursy na najładniejszą posesję, czystość obejścia, sprawiły, że przyjezdni przypisują naszej wsi status miasteczka. Nawiązałem kontakty z gminami z Niemiec, Francji, Holandii - oni przyjeżdżąją do nas, my do nich i dokonuje się wymiana kultur.
Czy przez te wszystkie lata otacza się Pan w urzędzie tymi samymi pracownikami? Jak zwracają się do Pana?
W tej chwili spośród 14 pracowników zostało tylko 2-3, którzy pracują ze mną od początku, a jedna odchodzi w tym roku na emeryturę. Obecnie wszyscy to ludzie młodzi, z wyższym wykształceniem. Jest zdecydowanie inaczej niż kiedyś, bo kiedyś większość ludzi kończyła jedynie kursy po szkole podstawowej. Pracownicy mówią do mnie po prostu "panie wójcie".
Dla miejscowych ludzi to normalne, że jest Pan wójtem - trwa to od 34 lat. Czy jednak nie mają Pana dosyć?
Okazuje się, że w wyborach bezpośrednich nie mam kontrkandydatów. Sukcesy w zarządzaniu gminą przekładają się na to, że społeczeństwo akceptuje taką władze, jaka jest. Jesienią zdobyłem 78,4 % poparcia. Wszyscy mówią: "Człowieku, z Tobą nie wystartujemy, bo to z góry przegrana". Ludzie nie chcą innego wójta, bo wierzą, że ja dbam o nich, dobrze gospodarzę, nie ma problemów, kombinacji. Wiadomo, że znajdzie się kilku niezadowolonych, ale nie ma chętnych, by zmierzyć się ze mną. Myślę, że trzeba pracować, uczciwie pracować i służyć tej społeczności lokalnej, w której się żyje.
Anna Śliwka
a.sliwka@pap.pl
Czytaj również
Kazimiera Goławska: W spódnicy łatwiej